sobota, 17 lutego 2018

Powikłania po zabiegu

Resztki po zabiegu łyżeczkowania, to brzmi okropnie. Chodzisz sobie z takim czymś w brzuchu, obrzydlistwo. I czujesz się trochę jak z bombą, która może wybuchnąć. Lekarz ostrzega, że jeśli dostanę krwotoku to mam jechać do szpitala. Więc torba na wszelki wypadek stoi cały czas spakowana. Badam sobie CRP, żeby sprawdzić, czy nie robi się stan zapalny. I modlę się o to, żeby nie było kolejnego zabiegu.

W końcu po 6 tygodniach przychodzi wyczekiwany okres. Nareszcie! Na żaden inny okres tak nie czekałam... Kiedy się kończy, biegnę do lekarza, żeby sprawdzić, czy wszystko jest OK. Nie do swojego, on ma mnie już chyba za histeryczkę, zresztą - USG umie zrobić każdy ginekolog, więc nie chce mi się jechać na drugi koniec miasta.

Czekam na dobre wieści, a tu... znowu dupa. Dalej tam coś jest. Lekarz daje skierowanie do szpitala, straszy, że nie można czekać, bo może się z tego rozwinąć zaśniad, "czy pani wie, co to jest zaśniad?". Oj tak, panie doktorze, dr Google dokładnie mi to wyjaśnił. W domu się rozklejam. Czy to kara za terminację? Boję się kolejnego zabiegu. Niby wiem, że to nic strasznego, ale wiem też, że każdy kolejny zmniejsza moje szanse na kolejną ciążę.

W szpitalu studzą moje rozgorączkowanie. To była wysoka ciąża, beta spada, została jakaś drobina. Nie są specjalnie chętni do zabiegu. Wysyłają na konsultację do guru USG, który po wnikliwym badaniu stwierdza, że to nie resztki po zabiegu. Taka uroda mojej macicy, tak się układa do zdjęcia, że widać naczynia. Nie ma to wpływu na kolejne ciąże.

W końcu, po 8 tygodniach, słyszę jakieś dobre wieści.

piątek, 16 lutego 2018

Kontrola

Idąc na pierwszą kontrolę, po 3 tygodniach od porodu, byłam pełna nadziei. Oczekiwałam, że lekarz mnie zbada, stwierdzi, że wszystko jest idealnie i żeby działać, najlepiej od razu!

A tu znów pod górkę. Obraz USG pokazał, że dupa, nic nie jest idealnie, zostały jakieś resztki po zabiegu. Nie dużo, ale coś tam jest. Oby zniknęło po pierwszym okresie, bo jak nie, to... kolejny zabieg. Trzeci w ciągu niecałego roku. Kolejny kopniak od losu. A może kara? O kolejnych staraniach możemy porozmawiać dopiero, jak to zniknie. Bezwzględnie. Nie jestem głupia, wiem, że to zagrożenie nie tylko dla mojego zdrowia, ale też dla kolejnych ciąż, więc nawet nie próbuję negocjować.

Ale lekarz mówi też wprost, że potem decyzja należy do mnie. On by zalecał odczekać 3 miesiące, a potem zdać się na naturę i zobaczyć, jak szybko organizm będzie chciał zaciążyć. A mnie opadają kolejne piórka. Jestem z gatunku tych, którzy nienawidzą zdawać się na los, naturę, przypadek czy cokolwiek innego. Ja już zaplanowałam, że niczego nie zostawię naturze, że monitoring owulacji, że może stymulacja? Ja chcę zajść w ciążę od razu, jak tylko dostanę zielone światło! A on mi tu o naturze...?

Bezsilność. Dopada mnie paskudna bezsilność. 


czwartek, 15 lutego 2018

Śpij spokojnie. Mama i Tata.

Myślałam, że decyzja o terminacji ciąży to najgorsze, co musiałam zrobić w życiu. Myliłam się. Nie ma nic bardziej parszywego na świecie niż organizowanie pogrzebu własnego dziecka. Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, to zaburza porządek świata... 

Jeszcze w szpitalu musieliśmy podjąć decyzję, czy będziemy chcieli pogrzebu, czy zostawiamy to szpitalowi. Świadomość, że już zawsze będziemy mieli grób do odwiedzania była okropna, ale z drugiej strony jak mogę nie wiedzieć, gdzie jest moje Maleństwo? 

Dziecko zawsze można pochować. W szpitalu dostajemy kartę martwego urodzenia, na której wypisana jest data, płeć, miejsce narodzin. Z tym dokumentem trzeba udać się do Urzędu Stanu Cywilnego po akt urodzenia dziecka, które urodziło się martwe. Dziecku trzeba nadać imię. A potem można udać się do zakładu pogrzebowego, który pokieruje nas dalej. Jeśli jesteśmy ubezpieczeni w ZUSie przysługuje nam 4000 zł zasiłku pogrzebowego, niezależnie czy wydamy więcej czy mniej. Żeby go uzyskać, trzeba złożyć odpowiedni wniosek w ZUSie, chyba, że zakład pogrzebowy rozliczy się za nas (w moim mieście w przypadku pogrzebu dziecka tak nie robią). 

Wizyta w zakładzie pogrzebowym to trauma. Od razu zostaję poinformowana, że w tym momencie nowe groby powstają już tylko na 1 cmentarzu, na drugim końcu miasta. Tylko mgliście wiem, gdzie to jest, nic mnie z tym miejscem nie łączy, nie chcę tam mieć żadnego grobu. Na szczęście można dochować urnę do istniejącego grobu rodzinnego. 

Wydawałoby się, że w takich miejscach pracują ludzie z odrobiną empatii. A jednak nie. Kiedy pani w zakładzie pogrzebowym pyta, ile centymetrów miało dziecko, zamieram. A po chwili dodaje – to nie ma sensu trumny, tu wystarczy urna, to przecież jest płód. Sama jesteś płodem! To jest do cholery moje Dziecko, nie żaden płód. Moje zadbane, wyczekane, wychuchane od samego zarodka Dziecko. Poszłam do innego zakładu. Tam, gdzie o moim Dziecku mówią dzieciątko, a nie płód.

Nie wiesz , jaki to ból, kiedy w zakładzie pogrzebowym musisz powiedzieć, że chodzi o pogrzeb dziecka. Kiedy każą Ci wybierać trumnę czy napis. Kwiaty. Napis na szarfie. Pierwszy raz rozkleiłam się, kiedy okazało się, że musimy pojechać do prosektorium – któreś z rodziców musi tam być przy odbiorze ciała. I ta delikatna sugestia, żebyśmy przynieśli ze sobą pieluszkę do owinięcia… Drugi raz, kiedy zadzwoniłam do księdza. – Imię, nazwisko, ooo… Pamiętam Cię. Bardzo mi przykro. – Ksiądz, który udzielał mi Komunii, a jednak zapamiętał. Przynajmniej moje Dziecko nie będzie anonimowe. I będzie leżeć z pradziadkami, zawsze to raźniej. 

A potem jest już tylko gorzej. Jesteśmy tylko w gronie najbliższych, my, rodzice i ciotka. Nikomu innego nie dawaliśmy znać. Ja płaczę właściwie cały czas, Mąż rozkleja się, kiedy dostaje do ręki wieniec. Modlitwa jest krótka, "ceremonia" w zasadzie też. I tyle nam zostało z tych pięknych 4 miesięcy razem. Dziura w sercu, dziura w ziemi. 

Śpij spokojnie. Mama i Tata. 

środa, 14 lutego 2018

Operacja się udała, pacjent nie przeżył

Nieudana ciąża nie kończy się w momencie porodu czy poronienia. Trzeba jeszcze stawić czoła wynikom badań histopatologicznych, innych badań i własnym myślom. U mnie na pierwszy rzut poszły wyniki amniopunkcji, odebrane po miesiącu od porodu. "Kariotyp prawidłowy żeński" to było jak dostać obuchem w łeb. Niby tego się spodziewaliśmy, niby lekarze mówili, że mało prawdopodobne, żeby to była genetyka, ale mimo wszystko. To chwila, w której znowu boleśnie uświadomiłam sobie, że na nic nie mam wpływu. I przyszły ogromne wyrzuty sumienia.

Mogłam się nie zgodzić na amniopunkcję. Mogłam wykazać się większą odwagą i wziąć moje dziecko z genetyczną niewiadomą. Po co to było sprawdzać? Gdyby nie to badanie, wody by nie odeszły, Mała miałaby jakieś szanse. Kiedy lekarz stwierdził; "No cóż, natura sama zadecydowała", w myślach rzucam się na niego z pretensją - jaka natura? Ja zdecydowałam się na badanie, które uszkodziło worek owodniowy, za waszą (lekarzy) zresztą namową. Będę musiała się z tym mierzyć do końca życia. 

I kiedy wszyscy dookoła powtarzają, że to dobra wiadomość, że to oznacza, że prawdopodobnie nie jesteśmy nosicielami żadnych chorób, że kolejne ciąże nie są obciążone ryzykiem, ja w środku umieram. Tak, racja, to niby dobra wiadomość. Ale czy to wróci zdrowie i życie mojej Córeczce? Ja już wiem, że to nie genetyka jest naszym wrogiem, a pech. 

Jak się walczy z pechem? 

wtorek, 13 lutego 2018

Jak przeżyć Święta po stracie?

Nie wiem. Jak najszybciej. Po prostu przeżyć.

Koleżanka powiedziała mi, że żałoba trwa rok właśnie po to, żebyśmy mogli przeżyć te wszystkie ważne okazje po raz pierwszy bez tej osoby. Może jest w tym sens, ale w pierwszej chwili to wydaje się zbyt okrutne.

Gdybym miała wybierać mój ulubiony miesiąc to zdecydowanie byłby to grudzień. Mikołaj, Święta, urodziny Męża. W 2016 już w listopadzie zaczęłam pracę nad świątecznymi dekoracjami. W 2017 też zamówiłam produkty do ich zrobienia.

Ale mój świat stanął 07.12.. Kiedy następnego dnia wyszłam ze szpitala i okazało się, że do Świąt zostały 2 tygodnie, życie stało się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Wszystkie dekoracje zostały w pudłach, nie pozwoliłam nawet kupić choinki. W domu nie było śladu świątecznej atmosfery. Prezenty kupiłam w Internecie, żeby nie wychodzić na miasto, nie widzieć światełek, nie słyszeć kolęd. Ani razu nie poszłam na mój ukochany Jarmark Bożonarodzeniowy.

Ale wiecie co jest najgorsze? To, że mój świat się zatrzymał nie wstrzymało reszty świata. Rodzice i Teściowie nie chcieli odpuścić i zostawić mnie w spokoju. Święta muszą się odbyć. Była choinka, prezenty, życzenia. I puste nakrycie przy stole.

To miały być najpiękniejsze Święta w naszym życiu. A były koszmarem. Na szczęście minęły. Oby już żadne nie były tak do dupy.

niedziela, 11 lutego 2018

Urlop macierzyński po poronieniu

Każda kobieta, niezależnie od zaawansowania ciąży, ma prawo do urlopu macierzyńskiego w wymiarze 8 tygodni (56 dni kalendarzowych) liczonych od dnia porodu/poronienia. W tym celu musi jednak w szpitalu dostać kartę martwego urodzenia i następnego dnia zarejestrować dziecko w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz poinformować pracodawcę. Szkopuł polega na tym, że w karcie musi być wpisana płeć dziecka, a przy wczesnym poronieniu jest jeszcze nieznana. Jeżeli płeć dziecka nie jest możliwa do ustalenia przy porodzie/poronieniu, można na własną rękę wykonać badania genetyczne (płatne) i dopiero wtedy zarejestrować dziecko. Jednak pracodawca musi zostać poinformowany, że akt urodzenia dostanie w późniejszym terminie. Uwaga, urlop musi być wykorzystany zaraz po porodzie/poronieniu, nie można najpierw iść na L4, a dopiero potem na urlop.

Urlop macierzyński to bardzo nietrafiona nazwa w przypadku tych 8 tygodni po śmierci dziecka. Jedynymi jego zaletami są czas na przeżywanie żałoby i 100% wypłaty. Bo wiecie, fizycznie dochodzimy do siebie bardzo szybko. Krwawienie kończy się po około 2 tygodniach. Ale psychicznie?

Nie wiem, czy 8 tygodni to wystarczający czas. Każdy na pewno inaczej to przeżywa i dłużej lub krócej będzie dochodził do siebie. Co potem? Można wykorzystać zaległy urlop, jeśli taki mamy i oczywiście pracodawca się zgodzi. Albo udać się do psychiatry po L4. Na takim zwolnieniu można spędzić kolejne 182 dni.

Tylko czy z czasem jest łatwiej wrócić?

Terminacja z przyczyn medycznych (TFMR)

W myśl obowiązującej ustawy terminacji ciąży można dokonać w 3 przypadkach: jeżeli ciąża jest wynikiem czynu zabronionego (do 12 tygodnia ciąży), w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia matki oraz w przypadku ciężkich i nieuleczalnych wad dziecka (do momentu osiągnięcia przez nie zdolności do samodzielnego życia poza organizmem kobiety, czyli w praktyce jakiś 22-24 tydzień).

Jeżeli przesłanką są wady genetyczne przed podjęciem decyzji należy wykonać badania genetyczne (amniopunkcję lub biopsję kosmówki). Jeżeli mowa o wadach rozwojowych - tu potwierdzeniem są zwykle badania USG. Decyzja o kontynuowaniu lub przerwaniu ciąży należy tylko do rodziców, lekarze w takiej sytuacji nie mogą jej podjąć ani namawiać do żadnego z rozwiązań.

Brzmi w sumie prosto. W praktyce to najtrudniejsza i najbardziej bolesna decyzja, jaką życie przed Tobą stawia. Czy jest nadzieja, że dziecko urodzi się w terminie? Czy ma szanse na normalne życie? Czy jesteśmy mu w stanie zapewnić właściwą opiekę? I czy jesteśmy w stanie pogodzić się ze śmiercią własnego dziecka?

Od momentu, kiedy pierwszy raz przedstawiono mi tę opcję, w myślach błagałam, żeby los mi tego oszczędził. Żeby serce przestało bić i żebym nie musiała podejmować tej decyzji. Niestety. Los nie okazał się łaskawy. Dostałam do ręki papier i długopis, lekarz podyktował mi treść "podania" do konsultanta wojewódzkiego. W życiu nie czułam się gorzej. Jak można prosić o coś takiego? Do ostatniego momentu pytałam lekarza, czy są jakieś szanse, że będzie dobrze. Nie odpowiedział.

Jak wygląda terminacja? To sztucznie wywołany poród - podawane są leki wywołujące skurcze, następuje poród siłami natury, a następnie wykonywany jest zabieg łyżeczkowania w celu dokładnego oczyszczenia macicy. Może to trwać od kilku godzin do kilku dni. Brzmi masakrycznie, ale tak jest lepiej dla kolejnych ciąż - mechaniczne rozwieranie szyjki może ją uszkodzić. Ból to kwestia indywidualna, ale można poprosić o środki przeciwbólowe. Następnego dnia po zabiegu najczęściej wychodzi się do domu.

Położne zwykle pytają, czy chcesz zobaczyć dziecko albo nawet przytulić. Jeśli ktoś czuje się na siłach nic nie stoi na przeszkodzie. Przed wyjściem ze szpitala pytają jeszcze, czy chcesz skorzystać z urlopu macierzyńskiego (potrzebna jest rejestracja w USC) i pochować dziecko.

Co ze sobą zabrać do szpitala? Koszulę nocną (taką do wyrzucenia, bo pewnie nie będziesz chciała jej już nigdy zobaczyć), szlafrok, coś do czytania, telefon z ładowarką, wodę mineralną, coś do zjedzenia (do zabiegu trzeba być co najmniej 6h na czczo, po znieczuleniu nie można jeść przez kolejne 2h, więc warto mieć ze sobą coś na potem). Bliska osoba też jest niezbędna - ciężko przez to przejść samemu.

Co dalej? Okres powinien przyjść po 4-6 tygodniach. Do tego czasu absolutny zakaz współżycia, ze względu na ryzyko infekcji. W przypadku jakichkolwiek niepokojących objawów (obfite krwawienie, skrzepy, nieprzyjemny zapach, ból) należy natychmiast skontaktować się z lekarzem. Jak zwykle po zabiegu, trzeba odebrać wyniki badania histopatologicznego. Zazwyczaj profilaktycznie przepisywany jest też antybiotyk. Czyli w zasadzie jak po poronieniu.

Czym się różni terminacja od poronienia? Decyzją. W przypadku poronienia dziecko już nie żyje, więc rodzicom oszczędzone jest podejmowanie decyzji. Technicznie rzecz biorąc, wygląda tak samo. Nigdy nie sądziłam, że będę komuś zazdrościć poronienia.

sobota, 10 lutego 2018

Powikłania po amniopunkcji

Ryzyko powikłań po amniopunkcji wynosi 1:100. Sporo.

Zastanawiając się nad tym badaniem przetrzepałam Internet. Nigdzie nie znalazłam informacji, żeby ktoś stracił zdrową ciążę. To okropne, ale kiedy podjęliśmy decyzję przez głowę przeszła mi myśl, że moja ciąża nie jest zdrowa. Genetyk uspokajał, mówiąc, że w tym szpitalu poronienia po amniopunkcji zdarzają się bardzo rzadko i w zasadzie nie wiadomo, czy to powikłanie po zabiegu, bo najczęściej dzieci są po prostu bardzo chore i nie przeżywają.

Ale raz, dwa razy do roku zdarza się, że po badaniu zaczynają się sączyć wody płodowe. Wtedy trzeba natychmiast udać się na SOR i najczęściej udaje się to zatamować. Czyli w zasadzie nic wielkiego. A spokój bezcenny! Trzeba było dopytać, ile razy w tym roku już to się zdarzyło...

Amniopunkcję miałam ok. 10. Cały dzień leżakowałam, dzień lenia. Więc kiedy koło 21 poczułam, że coś ze mnie wypływa od razu się spakowałam i pojechaliśmy na SOR. Tam za pomocą papierków sprawdzono płyn i wyszło, że to nie wody. Ale mimo wszystko zostałam w szpitalu.

Kolejne badanie następnego dnia też nie potwierdziło, że to wody. Na wszelki wypadek kazano mi leżeć, bez wstawania nawet do toalety. Wody przestały się sączyć. Trzeciego dnia powtórzono badanie za pomocą bardzo czułego testu, który rozwiał wątpliwości - odeszły mi wody. W 16 tygodniu. No zdarza się, ale genetyk mówił, że to się da "naprawić". Lekarze nie są tak optymistyczni. Przede wszystkim - płuca mogą się nie rozwinąć, do porodu się tego nie dowiemy. Po drugie - przy bezwodziu/ małowodziu nie da się zrobić dobrego USG. To znaczy będzie widać, czy bije serce. Ale to w zasadzie tyle - nie sprawdzimy co z ręką, nogą, czy nie ma jeszcze innych wad. "Czy pani rozumie powagę sytuacji?". Aż za dobrze. Jest źle. I nikt nie da mi gwarancji, że nie będzie gorzej.

Na moje pytanie jakie mam opcje odpowiedzi są dwie: mogę dalej leżeć i próbować utrzymać ciążę, ale szanse są bardzo niskie. A nawet jeśli wytrzymamy jeszcze trochę w dwupaku, osobno nie spędzimy razem zbyt wiele czasu, jeżeli w ogóle będzie nam dane. Nawet mój lekarz, do którego w panice dzwonię, mówi, że to raczej kwestia kilku dni, kiedy poronienie zacznie się samo. A druga opcja? Czy rozważamy terminację?

To samo pytanie zadaje mi psycholog, która przychodzi ze mną porozmawiać. Czy rozważamy? Jak ja mogę podjąć taką decyzję? Wypytuję lekarza. Jakie są szanse? Naprawdę chcę usłyszeć, że są jakiekolwiek. Niech to będzie procent. Promil nawet. Niech mi dadzą jakikolwiek punkt zaczepienia. Jakąś nadzieję. Ale nikt się nie odzywa. Słyszę tylko, że ta kombinacja to zespół wad letalnych. Mam porozmawiać z Mężem. I jeśli podejmiemy decyzję, lekarz wytłumaczy mi co dalej.

Jak można w ogóle podjąć taką decyzję?

piątek, 9 lutego 2018

Amniopunkcja

Po USG stwierdzającym zespół taśm owodniowych poszliśmy jeszcze na konsultację genetyczną. Genetyk wypytał nas o stan zdrowia, obciążenia w rodzinie i mimo poprzedniej diagnozy zasugerował amniopunkcję, bo "nieprawidłowy wynik pogorszyłby dobre rokowania". Mój lekarz prowadzący też zasugerował, że to powinno mnie uspokoić, bo nie spodziewamy się złego wyniku.

Więc w 16 tygodniu z rana zgłaszam się do szpitala z Mężem. Mam ze sobą wyniki badań krwi (HIV, kiła, żółtaczka) i osobę towarzyszącą - to tyle, jeśli chodzi o zalecenia. Do gabinetu wchodzę sama, po wypełnieniu krótkiej ankiety dotyczącej celu badania i zgody na badania genetyczne kładę się na leżance.

Nie taka amniopunkcja straszna jak ją malują. Badanie wykonuje się pod nadzorem USG, trwa może minutę. Wkłucie igłą w brzuch jest nieprzyjemne, ale nie boli. Wystarczy nie patrzeć. Po wszystkim trzeba posiedzieć około 10 minut na korytarzu i jeśli nic się nie dzieje można jechać do domu. Przez kilka dni trzeba prowadzić oszczędny tryb życia i uważnie obserwować, czy nic się nie dzieje.

Ale właśnie, po pobraniu płynu lekarka jeszcze patrzy w ekran USG. Obecnym przy badaniu studentom (to szpital kliniczny) pokazuje wytrzewienie, taśmy, nogę... "Nie jest dobrze, noga się nie rusza. I nie wiem, co z prawą ręką... Brakuje palców, albo są zrośnięte. Nie wygląda to dobrze." Kolejny cios. Co mam robić? "Czekać na wyniki amniopunkcji. I kontrolować na USG. Ale nie jest dobrze."

Całą drogę do domu płaczę. Znowu się boję. Co jeszcze? Brzuch, ręka, noga, nie wiadomo co dalej. Moje Maleństwo urodzi się bez nogi? Z uszkodzoną ręką? Z jelitami na wierzchu. Za co? Dlaczego? Dlaczego Ono? Dlaczego ja? Jak będzie wyglądało nasze życie? Spędzimy je w szpitalu? Prowadząc wózek? Jak długo to potrwa? Gdzie szukać pomocy?

Życie jest niesprawiedliwe.


czwartek, 8 lutego 2018

Zespół taśm owodniowych

Słyszeliście kiedyś o tej chorobie? Być może tak, parę lat temu w mediach głośna była sprawa małego Oliwiera, który mimo chyba 6 USG u 5 różnych lekarzy urodził się zaledwie z 1 kończyną...

Przed amniopunkcją musiałam jeszcze udać się na kontrolne USG w szpitalu u doskonałego specjalisty. Lekarz mało komunikatywny, na wstępie mnie uciszył i chyba z 30 minut ugniatał mój brzuch w różnych kierunkach. Owszem, jelita poza brzuchem. Nie chce pokazać lewej stopy. Ukrywa ją. Mówię, że ostatnio też tak było, nie chciał jej ujawnić. "Nie to, że nie chciał, jest uwięziona w taśmach." Lekarz pokazuje obraz drugiej lekarce - "Widzisz, taśmy". Hmmm no i co z tego? "Zespół taśm owodniowych, uszkodzenia brzucha powstały mechanicznie, moim zdaniem nie ma wskazań do amniopunkcji." Pytam jeszcze, czy to lepiej czy gorzej. "No wie Pani, noga jest uwięziona w taśmach, będzie osłabiona".

Znowu wychodząc ze szpitala dzwonię do Męża. Sądzimy, że to jednak dobra nowina - uszkodzenia mechaniczne, nie ma genetyki, jest OK! Radość nie trwa długo, bo standardowo sprawdzam Internet.

Taśmy przyklejają się do ciała dziecka i powodują uszkodzenia. Najczęściej kończyn - mogą się skończyć nawet wewnątrzmaciczną naturalną amputacją. Oglądam zdjęcia - dzieci bez palców, bez nóg, rąk. Masakra. A może być jeszcze gorzej! Bo jeśli dziecko połknie taką taśmę to może nastąpić rozszczep twarzy, przełyku. Jeśli owinie się wokół kręgosłupa to rozszczep kręgosłupa. Moje Maleństwo... takie zagrożone. Powinno być bezpieczne w moim brzuchu, a tymczasem tam czyha na niego taka masakra. Dlaczego???

Dlatego. To się po prostu zdarza. Nie ma przyczyn genetycznych. Nie ma innych przyczyn. Nic nie zrobiłam. Po prostu pech? Nie chcę tego słyszeć. Chcę znać przyczynę, bo zaczynam się zadręczać, czy mogłam temu jakoś zapobiec? Lekarze mówią, że nie. I znowu, nic nie można zrobić, trzeba obserwować.

Ledwo pogodziłam się z wytrzewieniem, a tu takie nowiny. Przede mną jeszcze 24 tygodni - co jeszcze może się wydarzyć? Jak to przeżyć? Jak się nie denerwować? Co robić?

środa, 7 lutego 2018

Poradnia patologii ciąży

Po raz pierwszy od dawna muszę zmierzyć się z publiczną opieką zdrowotną - dostałam skierowanie do Poradni Patologii Ciąży. Jadę tam o 7 rano, żeby ustawić się w kolejce. Pierwsza kolejka do rejestracji, czekam jakieś 40 minut. Pokazuję skierowanie, dostaję numerek. Teraz czekam na swoją kolej do lekarza.

Numerki nie idą po kolei. Pewnie według ciężaru przypadków. Może nie jestem takim najcięższym? Tak, to pocieszające. Po jakiejś godzinie wchodzę do gabinetu, w środku młody lekarz i starsza lekarka. Robią mi szybkie USG, żeby potwierdzić diagnozę i każą przyjść na amniopunkcję. Jak to? Po co? "Bo standardowo tak robią". Ale przecież ryzyko poronienia jest 200 razy większe niż ryzyko znalezienia jakichś wad! "Jak pani nie chce, to musi pani podpisać, że się nie zgadza." Termin za 2 tygodnie, pod koniec listopada.

Płaczę, dzwoniąc do Męża. Boję się, że poronię. I jeszcze bardziej boję się, że coś wyjdzie. Wyniki tuż przed Świętami. Idealny czas. Ale może lepiej wiedzieć? Przygotować się? Albo... no właśnie. Czy ja wiem, co zrobię, jeśli coś wyjdzie? Czy jestem gotowa na aborcję? Czy jestem gotowa na życie z chorym dzieckiem?

Co ze mnie za matka, skoro tego nie wiem?

wtorek, 6 lutego 2018

USG I trymestru + test Pappa

Na USG I trymestru umawiam się dość późno - to 13t1d. Po drodze Wszystkich Świętych, wolne, tak jakoś to się przeciąga. Ale Maluch jest chyba efektem spóźnionej owulacji, więc ten termin jest jak najbardziej OK. Zaledwie tydzień wcześniej sprawdzamy, czy jest serce, jest, więc wszystko musi być już w porządku.

Dzień przed USG budzą mnie potworne mdłości. Do wieczora nie przechodzą, pojawia się temperatura i katar. Tylko tego brakowało. Karnie maszeruję do lekarza po L4 i popołudniu spokojnie jadę na badania. Spokojnie? No powiedzmy. Wiem, jak ważne jest to USG. Wiem, co może wyjść. Ale chyba dość tego pecha? W drodze planuję, że jak wszystko wyjdzie dobrze to powiem kuzynce.

Leżę na kozetce, to moje pierwsze USG przez brzuch. Kość nosowa widoczna, NT 2... Jest dobrze! W myślach już dzwonię do Mamy. I nagle lekarz spogląda mi w twarz i mówi, że nie będzie ukrywał, że mamy tu nieprawidłowość w budowie Malucha. Wytrzewienie - jelita są poza jamą brzucha. Resztę słyszę jak przez mgłę. Jedyne co do mnie dociera to to, że z punktu widzenia genetycznego to jest lepsza opcja, bo najczęściej to wada izolowana, nie występują przy niej inne. Badanie trwa 45 minut.

Siedzimy przy biurku, lekarz tłumaczy co to za wada. Pokazuje w Internecie jakie są rokowania. W idealnej opcji skończy się na 1 operacji i kilku tygodniach w szpitalu. W najgorszej opcji jelita będą w tak złym stanie, że dziecko nie przeżyje. W trakcie ciąży nic nie można zrobić, wszystko okaże się po porodzie. Już w 13 tygodniu dowiaduje się, że tylko cesarka.

Ryzyko wad genetycznych? Z USG i testu Pappa wynosi mniej niż 1 na 20 000. Jest super. Ale Maluch chory i nie wiemy, czego się spodziewać. Pytam, jak bardzo jest źle? Lekarz nie pociesza, mówi, że nie jest dobrze.

Po wyjściu z gabinetu mówię o wszystkim Mężowi. Jestem optymistką. Nie ma dużego ryzyka wad genetycznych. Z operacją sobie poradzimy. Dzwonię do Mamy, przyjaciółki. Nie ukrywam diagnozy, ale wszyscy mamy nadzieję, że będzie OK.

Załamanie przychodzi następnego dnia. Najpierw płaczę za moim idealnym dzieckiem. To nie tak miało być. Miałam urodzić w maju i już we wrześniu mieliśmy polecieć do Stanów. A teraz? Ile spędzimy w szpitalu? Nie będzie pięknych fotek na insta. Moje dziecko urodzi się z jelitami na wierzchu! Ja pierdolę. Dlaczego???

Potem płaczę z obawy. Boję się. Jeśli skończy się na jednej operacji i pobycie w szpitalu to OK, damy radę. Są gorsze rzeczy. Ale jeśli nie? Jeśli dziecko nie będzie jeść samodzielnie? Będzie na żywieniu pozajelitowym? Co będzie ze mną? To przecież zmiana całego życia. Jak mam wrócić do pracy? Będę siedzieć w domu? To wszystko spadnie na mnie. Naprawdę się boję. Mamy znajomych z niepełnosprawnym dzieckiem. Widzę, jak wygląda ich życie. Ona wróciła do pracy tylko dlatego, że zamieszkała z nimi na stałe teściowa. Nawet pokłócić się nie ma jak. Nie chcę jeszcze mieszkać z Rodzicami!

A co, jeśli Maluch nie przeżyje? Jak przeżyję śmierć własnego dziecka?

Nigdy w życiu tak się nie bałam.


poniedziałek, 5 lutego 2018

L4 czy nie L4?

Myślałam, że w kolejnej ciąży pójdę na L4 od razu, na wszelki wypadek. Ale w zasadzie po co? Na pierwszej wizycie, kiedy jeszcze nie widać serca lekarz proponuje mi zwolnienie, żebym się nie denerwowała w pracy czekając na serce. Odmawiam, bo przynajmniej przez 8 godzin mam głowę zajętą czym innym. A skoro nie ma takiej konieczności?

Kiedy idę po raz kolejny, z tygodniowym plamieniem, dostaję już obowiązkowe L4 na tydzień, żeby się oszczędzać. Czy chcę potem wrócić do pracy? Tak. Więc wracam. To już 11 tydzień, najwyższy czas powiedzieć szefom.

Od tego momentu mogłabym pracować w zasadzie do końca. Nie mogę robić nadgodzin. Uczę swojego następcę, więc mam pewność, że nic się nie zawali. Kiedy bardzo źle się czuję to piszę sms-a, że tego dnia nie przyjdę. Każdy lekarz, do którego trafiam z miejsca wyciąga bloczek ze zwolnieniami i pyta, czy przypadkiem nie chcę.

Ale nie. Nie chcę. Praca, wyjście do ludzi mobilizuje. Mam pomalowane paznokcie, wyprostowane włosy i starannie przemyślany strój. Co ja miałabym w tym momencie robić w domu? Wiadomo, jeśli będzie taka konieczność to zostanę, ale tak długo jak długo dobrze się czuję? Nie ma opcji.

niedziela, 4 lutego 2018

Kamień milowy

Ciąża po stracie ma swoje kamienie milowe. W moim przypadku to początek siódmego tygodnia - wtedy poprzednim razem dowiedziałam się, że serce nie bije. Gdy więc w ten sam dzień w drugiej ciąży idę do toalety i odkrywam lekkie brązowe plamienie w myślach żegnam się też z tą kolejną ciążą.

Korzystanie z prywatnej opieki zdrowotnej daje ten komfort, że w zasadzie nie musisz czekać na wizytę. Toteż na chybił trafił wybieram lekarza dostępnego od zaraz i biegnę na wizytę. Kiedy mówię, że jestem w ciąży, że plamię, że poroniłam poprzednim razem, od razu trafiam pod USG. Serce bije, wszystko jest w porządku, plamienia są niewiadomego pochodzenia, ale nie zagrażają ciąży. Mam nie dźwigać, unikać tłocznych miejsc ze względu na jesienne infekcje i tyle.

Jestem histeryczką. Ale po takich przejściach podobno mi wolno. Lepiej wyjść na hipochondryka niż pluć sobie w brodę, że nic się nie zrobiło.

Będzie dobrze, prawda? Musi być!

sobota, 3 lutego 2018

Serduszko puka w rytmie cza-cza

Wynik BHCG potwierdza ciążę. Teraz to już będzie z górki, prawda?

A no nie. Ciąża po stracie jest obciążona. Teraz już wiesz, że 2 kreski to dopiero początek bardzo długiej i niebezpiecznej drogi. Więc zaraz po teście lecisz do lekarza. Wiesz, że nic nie będzie widać, ale przynajmniej Cię uspokoi. Jeśli na własną rękę zrobiłaś jakieś badania to dostaniesz leki. Albo przynajmniej Duphaston. Masz poczucie, że zrobiłaś wszystko.

Ja sobie obiecywałam, że nie polecę od razu do lekarza. Bo w sumie po co? I nie poszłam, zadzwoniłam tylko, żeby spytać, czy mam coś zrobić (brać Duphaston) i grzecznie poczekałam do wizyty w 6t2. I zonk... Lekarz nie widzi serca. Uspokaja, że pojawi się na dniach i każe przyjść za 3 dni. Ale czarne myśli już są... Na kolejną wizytę, wyznaczoną na chwilę tuż przed pracą, idę jak na ścięcie. W poczekalni umieram ze strachu.

Lekarz pokazuje migającą kropkę. Jest!!! Pierwszy kamień z serca.

piątek, 2 lutego 2018

Kochanie jestem w ciąży!

Jak powiedzieć partnerowi o ciąży? Może małe skarpetki? Body niemowlęce? Zapakowany test ciążowy? To ostatnie zawsze wydawało mi się słabe, obsikany test? Ale może się nie znam, w końcu taki mi jeszcze nigdy nie wyszedł.

Kiedy staracie się o dziecko raczej trudno zaskoczyć partnera. No bo powiedzmy sobie szczerze, jeśli to była Wasza wspólna i świadoma decyzja, jeśli co miesiąc zadręczasz go datami swoich dni płodnych i nie daj Boże zna już Twój cykl na pamięć to najczęściej sam dopytuje, czy czasem okres nie powinien już przyjść?

Mój mąż nie zna mojego cyklu. Nie domyśliłby się, że okres się spóźnia, gdybym go tym nie zadręczała. Wyniku bety też nie poznał od razu. Jeszcze cały tydzień chodził koło mnie na paluszkach. Dopiero po wizycie u lekarza i upewnieniu się, że jest piękny pęcherzyk i to tam, gdzie być powinien dostał pięknie zapakowane body w rowerki. Nie myślałam, że tyle wytrzymam. Ale dzięki temu miał niespodziankę!

czwartek, 1 lutego 2018

Spóźniający się okres

W beztroskich czasach, kiedy nie myślisz o dzieciach, spóźnienia okresu możesz nawet nie wyłapać. Kiedy zaczynasz starania zwykle dzień planowego przyjścia rozpoczynasz od sikania na test ciążowy. Jeśli nie ma drugiej kreski płaczesz rano w toalecie, wychodzisz do pracy, ale cały dzień masz zmarnowany. Żałoba jednej kreski trochę trwa, ale już czekasz niecierpliwie, żeby w końcu przyszedł, bo wiadomo - nowy cykl, nowa szansa.

Mój sierpniowy cykl zaczął się całkiem nieźle. Wiedząc, że z poprzedniego cyklu nic nie będzie na tydzień przed nowym początkiem kupiłam loty i zarezerwowałam noclegi na wakacje. Uwielbiam planować, a tu nigdy nie mogę nic na pewno, cholerne starania. Tak, dobrze się domyślacie, spontan to nie jest moje drugie imię ani najlepszy kumpel. Trzy tygodnie były bardzo owocne, całkiem szczęśliwi wróciliśmy do rzeczywistości.

Ale rzeczywistość lubi przywalić. Pierwszy dzień w pracy - ciąża koleżanki. Następnego dnia spotkanie z koleżanką - ciąża. I kiedy się na ten temat pożaliłam innej koleżance dowiedziałam się o ostatecznym gwoździu do trumny mojego dobrego humoru - koleżanka, dzięki "drobnemu" oszukiwaniu swojego partnera co do zabezpieczeń też jest w ciąży. Trzy tygodnie relaksu jak psu w... wiadomo co. Wszyscy są w ciąży, a ja nie!

Wiecie, ja kiedyś uważałam się za osobę opanowaną. Ale to pragnienie dziecka mnie niszczy. Wiem, że ciąże dookoła to nie jest wina mojego męża, ale nie mam ochoty z nim rozmawiać. Boli mnie to. Ciche dni trwają prawie tydzień. Próba wyżalenia się mamie kończy się jeszcze gorzej - co ja najlepszego wyprawiam, czy zwariowałam? Tak mamo, mam obsesję. A tu jeszcze wpadają teściowie, tego mi do szczęścia brakowało. Nawet nie mogę być obrażona na cały świat, bo jak mam strzelać fochy przy nich?

I jeszcze ten okres cholerny, mógłby już przyjść. Kiedy spóźnia się 2 dni robię test o czułości 10 i po 5 minutach wpatruję się w bielutkie pole tam, gdzie powinna być druga kreska. Nie ma nawet cienia cienia. I nawet nie mogę go wyrzucić do kosza w łazience, bo nie chcę, żeby teściowie go zobaczyli. Powoli i systematycznie zamieniam wspólny tydzień w piekło, jestem nie do wytrzymania, ale ja tak strasznie cierpię... A tego drania ani widu, ani słychu. I jeszcze mąż powtarzający do znudzenia "zrób test". Sam sobie zrób, co Ty myślisz, że ja głupia jestem, oczywiście, że robiłam!

Spóźniał się tydzień, dziad jeden. Nie będę już wydawać kasy na testy, poszłam od razu do laboratorium. I co wyszło? Beta 2500. Statystyki? Ciąża  nr 2. Ile razy w życiu widziałam własny pozytywny test ciążowy? 0. Najwidoczniej nie umiem sikać.

środa, 31 stycznia 2018

Małżeństwo po stracie

Nie lubię słowa "poronienie". Głównie dlatego, że zwykle używa się go w kontekście "X poroniła ciążę". Może jestem przewrażliwiona, ale w moich uszach to brzmi, jakby to obarczało winą kobietę - w kontekście nie donosiła ciąży. I szczerze? Ja tak się właśnie czuję. Bo gdyby nie udawało nam się zajść w ciążę to można by szukać winy u partnera. Ale skoro plemniki działają, ewidentnie potrafią odnaleźć drogę, a mimo wszystko dziecka nie mamy to...? Coś musi być ze mną nie tak.

Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem doskonale, że wina nie musi leżeć po mojej stronie. Wie to również mój mąż i nigdy nawet nie wspomniał, że tak może być. Ale wiedza to jedno. A poczucie winy to drugie. Przez pierwsze 2 lata naszego związku byłam prawie pewna, że dzieci w sposób naturalny mieć nie będziemy ze względu na przeszłość chorobową. Pogodziłam się z tym, w końcu in vitro to nie koniec świata, a na szczęście trafiliśmy na dobrych lekarzy, którzy w odpowiednim czasie zabezpieczyli nam tę możliwość. Ale trochę mnie jednak bolało, kiedy okazało się, że znajomi spodziewają się dziecka. Bo u nas miało być inaczej, miało nie być szans na niespodziankę. I trochę kłuło, że nie zaskoczę męża dwoma kreskami - bo przy in vitro raczej trudno o zaskoczenie. A jednak po 2 latach okazało się, że wyniki są w porządku, od choroby minął odpowiedni okres czasu i nie ma żadnych przeciwwskazań do starań naturalnych. I biorąc pod uwagę całe to obciążenie to fakt, że udało się w zasadzie od razu to mały cud!

Ale ten cud straciliśmy. Piszę w liczbie mnogiej, ale tak naprawdę myślę w pojedynczej. Tak jakbym ja straciła bardziej. Bo mi zależy bardziej. Czy to prawda? Pewnie nie, po prostu mój mąż nie czuje aż takiej presji jak ja. Ale za ten brak presji obrywa mu się na każdym kroku. Kiedy przychodzi okres, którego miało nie być dbam o to, żeby to odczuł. Kiedy nie ma ochoty czy siły na zbliżenie to już w ogóle - żyć mu nie daję. A w duchu jestem jeszcze bardziej wściekła - bo czy ja mam ochotę na seks po długim dniu pracy i drugim etacie w domu? Niespecjalnie, ale cóż, dni płodne nie zawsze trafiają w weekend.

Mój mąż ma świętą cierpliwość. I szczęście, że mimo wszystko do tej pory w miarę sprawnie nam to idzie. Bo jak to jest się starać latami? Jak się nauczyć cierpliwości? I jak nie wykończyć małżeństwa pragnieniem dziecka?

Obym się tego nigdy nie musiała dowiadywać.


wtorek, 30 stycznia 2018

Starania po poronieniu

Zielone światło - jest! Decyzja - jest! Presja - do boju!

Jak wyglądają starania po stracie? Mniej więcej tak, jak wyobrażam sobie starania przy niepłodności. Z naszej pary robi się zgrabny trójkącik - dołącza do nas presja. Bo przecież podobno po poronieniu organizm jest bardziej płodny. Więc jakim cudem okres jednak przyszedł? A ten drugi? Trzeciego się spodziewam, bo w tym cyklu to musiałoby być niepokalane poczęcie.

Zaczynam wpadać w lekką paranoję. Przecież seks był idealnie w te dni, znam swój organizm. 3 miesiące minęły, czas zaufać lekarzowi. Tylko tym razem lekarz nie ma mi do powiedzenia nic odkrywczego. Wszystko jest OK, tylko może po prostu nie jestem gotowa. Potrzeba czasu. To nie jest to, co chciałabym usłyszeć. Nie jestem cierpliwa. Nienawidzę słów "wszystko w swoim czasie". Swój czas to jest tu i teraz. Przecież miałam rodzić w lutym - dobry miesiąc, dwie pary spośród nielicznych znajomych, którzy mają już dzieci wtedy urodziły. Marzec to już ostateczność, w marcu dowiedziałam się o ciąży i o stracie. Kwiecień byłby idealny, akurat na moją trzydziestkę. No ale przecież ile można czekać? Jak mam czekać? Co mam robić?

Możecie się śmiać, ale w 2017  hitem było "Despacito". I ja naprawdę polubiłam tę piosenkę, towarzyszyła mi przez całe lato starań. Mówię po hiszpańsku, więc mój hymn lata rozumiem co do joty. Krok po kroczku, powoli. Jakim cudem moim hitem stała się piosenka o tym, czego nienawidzę? Ironia losu.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Zielone światło

Zielone światło to rzecz, na którą najbardziej się czeka po poronieniu. To zgoda od lekarza, żeby wrócić do gry, znowu zacząć starania. Po wczesnym poronieniu najczęściej można zacząć już po pierwszej miesiączce - to sygnał, że organizm wraca do normy.

Czasami jednak lekarz sugeruje, żeby odczekać 3 miesiące. Czy słusznie? W Internecie krąży tyle opinii, że najlepiej jest zacząć od razu, bo organizm jest jeszcze w ciążowym szoku i wręcz domaga się ponownego zapłodnienia. Ponoć płodność zaraz po poronieniu jest większa. Czy ja wiem? Moje ciało chyba dość szybko wróciło do normy, owulacja była od razu w pierwszym cyklu, hormony w normie. Ale ciąży nie było.

Organizm to jedno. A psychika to drugie. Ten pierwszy często szybko wraca do normy, koleżanka zostaje w tyle. Czy po miesiącu od straty jest się gotowym na kolejną ciążę? Nie wiem. To co teraz napiszę pewnie tylko potwierdzi, że nie. Bo większość kobiet marzy, żeby zaraz po poronieniu być w kolejnej ciąży. To ma być lek na stratę tej poprzedniej. Wypełnienie pustki, która nagle się pojawia. Bo dopóki tej kolejnej ciąży nie ma to psychicznie ciągle jesteśmy w tej pierwszej. To miał być 10 tydzień - mieliśmy na Święta powiedzieć Rodzicom, na tym weselu miałam być już w 20 tygodniu, mieliśmy nie lecieć na te wakacje, bo to byłby już 28 tydzień. I co najgorsze - a co jeśli nadejdzie data porodu, a ja dalej nie będę w ciąży?

Czy to świadczy o gotowości na kolejną ciążę? Pewnie nie, ale czy ja kiedykolwiek będę w 100 % gotowa?

niedziela, 28 stycznia 2018

Badanie histopatologiczne po poronieniu

Badanie histopatologiczne po poronieniu rzadko poda nam przyczynę poronienia. Z punktu widzenia zapobiegania ponownym stratom rzadko ma znaczenie, ale jeśli chodzi o nasze zdrowie jest bardzo potrzebne i nie należy go lekceważyć. Dlaczego?

Ze względu na zaśniad. Nie jestem lekarzem, więc nie będę się popisywać. Jeśli chcecie poczytać co to takiego spójrzcie chociażby tu. Dlatego wyniki badania trzeba odebrać jak najszybciej. Jeśli w wynikach jest stwierdzenie lub podejrzenie zaśniadu trzeba jak najszybciej skontaktować się z lekarzem. Jeśli wszystko zostało usunięte podczas łyżeczkowania lekarz najczęściej zaleci kontrolę poziomu BHCG, żeby zobaczyć, czy prawidłowo spada i oczywiście - wstrzymanie się z planami powiększania rodziny na jakiś czas. Czasem może też zlecić kontrolę u onkologa.

Leczenie zaśniadu ma bardzo dobre rokowania i absolutnie nie przekreśla szans na zdrową ciążę. Ale nie zastosowanie się do zaleceń lekarskich może być groźne dla naszego zdrowia, więc przy całej niecierpliwości - nie ryzykujcie.

sobota, 27 stycznia 2018

Poroniłam. Co dalej?

Poronienia się zdarzają, tak samo jak ciąże biochemiczne. To jednak nie powód, żeby znowu zdać się na los. Zaczynam od poszukiwań lekarza, który mi pomoże - koleżanka po przejściach podaje mi namiar, tradycyjnie sprawdzam opinie w Internecie i zapisuję się na wizytę.

Lekarz budzi zaufanie. Tłumaczy to, co już wiem, bo wyczytałam. Że poronienia na tym etapie (6/7 tydzień) najczęściej wynikają ze złego połączenia albo wad komórek, które nie są związane z rodzicami. Że to mógł być wynik przeziębienia z gorączką, które mnie dopadło w 4 tygodniu. Mówi, że jest kilka badań, które powinniśmy wykonać, ale nie zaleca głębszej diagnostyki, bo na tym etapie nie ma sensu. Czas zaufać lekarzowi.

Jakie badania zleca?

- USG ginekologiczne - żeby sprawdzić, czy wszystko zostało poprawnie wyczyszczone
- różyczka
- toksoplazmoza
- cytomegalia
- żółtaczka
- wymazy w kierunku Chlamydii, Myceoplasmy i Ureoplasmy

Dodatkowo, pomna złych doświadczeń, po pierwszym okresie sprawdzam jeszcze prolaktynę. Ponieważ czekam na wyniki badania histopatologicznego na wszelki wypadek kontroluję, czy BHCG spada.

Wyniki są dobre, więc po pierwszej miesiączce mamy zacząć działać. I zaczynamy, pełni nadziei. Bo wiecie, jeśli nie doświadczyłaś długich starań to tym razem też tak będzie. Zabieg miałam w kwietniu, pierwszy okres w maju, więc... poród w lutym, prawda? Well...

piątek, 26 stycznia 2018

Witaj w klubie, czyli szukając wsparcia

O poronieniach się nie mówi. Nie ma się czym chwalić. Dopiero, kiedy sama to przeżyłam, odkryłam ile przypadków było wokół mnie. Koleżanki zaczęły się przyznawać. Marne to pocieszenie, ale zawsze.

Człowiek jest istotą stadną. Dlatego, gdy poszukując odpowiedzi na pytanie, ile powinnam poczekać z następnymi staraniami trafiłam na internetowe forum postanowiłam napisać. Pierwszy raz w życiu zostałam forumowiczką. Bo jednak łatwiej napisać obcym osobom, które przeszły to samo, o swoich (czasami bardzo nieładnych) odczuciach. Moje najbliższe przyjaciółki albo nie myślą jeszcze o dzieciach, albo borykają się z problemem zajścia w ciążę. Mogą posłuchać, ale nie wiedzą, jakie to uczucie, kiedy twoje wychuchane od zarodka maleństwo nagle zostaje statystyką.

Poronienie to temat tabu. Wiadomo, nic przyjemnego. Ale kiedy ja chcę mówić, one zmieniają po chwili temat. Nie rozumieją. Więc nie mówię. Forum pomaga w czekaniu na pierwszy okres, w rozczarowaniu po pierwszym nieudanym cyklu, doradza jeśli chodzi o badania. Pociesza, bo widzę, że nie jestem jedyna, bo widzę szczęśliwe zakończenia. Ale też troszkę dobija, bo właśnie, widzę, że innym się udaję, a mnie nie. Ale też dlatego, że widzę, że niektórym się nie udaje. Że ta zwiększona płodność zaraz po poronieniu to nie zawsze prawda, że niektórzy starają się kolejny rok. I zaczynam się bać.

Może wyczerpaliśmy swój limit szczęścia? Może to był tylko złoty strzał? Może jednak warto wrócić do prawdziwych przyjaciół, a od wirtualnych koleżanek się odciąć? To trudne, bo po 3 miesiącach to już mój codzienny rytuał. Sama doradzam, co do badań, pocieszam, czasem strofuję, kiedy dziewczyny piszą bzdury. Bo one rozumieją, są w tym samym klubie.

Z mojego punktu widzenia jednak warto się na jakiś czas odciąć od forum. Za bardzo się nakręcam, a to nie pomaga. A poza tym ciągle mam nadzieję, że wrócę tam, żeby być kolejnym przykładem, że ciąża po stracie jest osiągalna.

czwartek, 25 stycznia 2018

1 na 3, czyli Obsoleta

Wiecie co oznacza ten termin? Jeśli nie, uważajcie się za szczęściary. Jeśli wiecie, witam w jednym z najgorszych klubów świata.

Gravid obsoleta - ciąża obumarła. Kiedy z niewielkim plamieniem w 6 tygodniu pobiegłam do ginekologa, po raz pierwszy w życiu chciałam, żeby lekarz uznał mnie za hipochondryka i mnie wyśmiał. Plamienia się zdarzają, wiedziałam o tym. Zwykle nie oznaczają nic groźnego, to też wiedziałam. Więc kiedy lekarz robiąc USG spojrzał na mnie i powiedział, że bardzo mu przykro, ale serce nie bije, nie uwierzyłam. Natychmiast wysłał mnie na badanie BHCG i zaraz potem do szpitala. W drodze płakałam, ale jeszcze myślałam, że może to wina USG, że to nie może być prawda. Bo przecież 3 dni wcześniej biło, przynajmniej tak twierdził lekarz, bo ja na ekranie nie rozpoznaje nic. 

Szpitalne badanie trwało może 30 sekund. "Poronienie, przykro mi, proszę się zgłosić w poniedziałek na czczo, chyba, że przez weekend dostanie pani krwotoku". A ja zamiast wyjść, pytałam jeszcze dlaczego. "To się zdarza w co trzeciej ciąży, po prostu". Po prostu? Jestem tylko ofiarą statystyki? 

Nie wiedziałam, że można tak płakać po kimś, kogo się nigdy nie poznało. Na własną rękę powtórzyłam po 48h BHCG, rosło prawidłowo, więc nadzieja znowu się zapaliła. W poniedziałek na czczo zgłosiłam się do szpitala licząc na to, że to tylko koszmarna pomyłka. W rejestracji dumnie poinformowałam, że BHCG rośnie, położna kazała mi to powtórzyć lekarzowi. Kolejne USG, serce nie bije, no ale beta wzrosła. Znowu jestem tylko statystką, której lekarz mówi wprost: "Moim zdaniem nic z tej ciąży nie będzie, ale głupio podać tabletki jak beta rośnie". Po kolejnych 2 dniach zaczyna spadać, serca nie ma, ale będzie zabieg. 

O tabletki muszę się sama upomnieć, inaczej na czczo czekałabym kolejny dzień. Po pierwszej dawce chodzę, nic się nie dzieje. O drugą dawkę znów muszę się upomnieć. To na szczęście wystarcza, żebym po 2h i krótkim badaniu trafiła na zabieg. Muszę podpisać kilka dokumentów dla anestezjologa. Kiedy pytam, co się dzieje ze szczątkami, nikt nie potrafi mi odpowiedzieć. Niby znam swoje prawa, wiem, że mogłabym zrobić badania genetyczne, ale odpuszczam. Mam dość upominania się o swoje. 

Zabieg w znieczuleniu trwa kilkanaście minut, potem 2h "trzeźwienia" i normalnie mogłąbym pójść do domu. Ale po znieczuleniu źle się czuję i zwyczajnie boję się wyjść, więc na noc zostaję. Rano dostaję wypis, nikt się mną już nie interesuje. Tylko dwoje lekarzy podchodzi do mnie i męża, mówią, że nie powinniśmy współżyć do pierwszej miesiączki, mam dalej brać kwas foliowy i wstrzymać się 3 miesiące. I tyle. 

1 na 3. Obsoleta. Witamy w klubie. 

środa, 24 stycznia 2018

Badania przed ciążą

Żaden ze mnie lekarz, więc nie traktujcie moich propozycji jako wyroczni. Kiedy już podejmiecie świadomą decyzję o dziecku zaraz po partnerze powinien się o tym dowiedzieć Wasz ginekolog. Wiadomo, wpadki się zdarzają, dzieci rodzą się zdrowe, ale po co ryzykować?

Badania, które należy wykonać przed ciążą:

 USG:

- ginekologiczne
- piersi

 Z krwi:

- morfologia
- różyczka
- toksoplazmoza
- cytomegalia
- HIV
- tarczyca

 Cytologia

Żeby oszczędzić sobie dodatkowych stresów przy okazji pobierania krwi warto przebadać też prolaktynę i progesteron (8 dni po owulacji) - to może zaoszczędzić czasu i rozczarowań.





wtorek, 23 stycznia 2018

Dziecko raz poproszę!

Rok. Po takim czasie bezskutecznych starań w naszym przypadku powinniśmy się zgłosić do lekarza. Serio? Mam tracić rok? Nigdy nie należałam do specjalnie cierpliwych. Dlatego też po 1 (!) nieudanym cyklu udałam się do lekarza, któremu powiedziałam wprost - znam założenia, ale to mnie wykończy. Nie chcę czekać roku, żeby potem dowiedzieć się, że wystarczyło coś zmienić, wyleczyć i mogłoby się udać wcześniej.

W tym przypadku intuicja mnie nie zawiodła. Wystarczyło jedno badanie i jeden lek. I jeden idealnie wycelowany raz. Kiedy kilkanaście dni później okres nie przyszedł byłam wściekła. Na wszystko i wszystkich - to ja tu się szprycuje lekiem, a okres się spóźnia? Co to ma być? Mężowi też się oberwało - no bo ja się tu szprycuje lekiem a on jest zmęczony? Przecież po jednym razie nie ma szans...

Cóż - są. Czasami to wystarcza. Aczkolwiek jest to ryzykowna strategia i raczej żaden lekarz Wam jej nie poleci. Cytując MamęGinekolog, najszybciej zachodzą w ciążę najbardziej kochające się pary. To pewnie prawda, aczkolwiek czasem sam seks nie wystarcza. Pomoc lekarza może okazać się nieodzowna i jeśli czujecie, że nie wytrzymacie tej presji, nie czekajcie. Nic skuteczniej nie zabija radości z seksu niż brak tej wyczekiwanej drugiej kreski. 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Rok

Rok. To dużo czy nie? Dla mnie to przepaść. Kiedy rok temu podjęliśmy decyzję, że zaczynamy starania o dziecko, wszystko wydawało się proste. Seks bez zabezpieczeń, 2 tygodnie później 2 tłuste różowe kreski i po 8 miesiącach różowiutki niemowlak. Chcesz rozśmieszyć Boga? Powiedz mu o swoich planach.

Rok później jesteśmy w zasadzie w tym samym miejscu, tyle, że ze złamanym dwukrotnie sercem i dużo bardziej doświadczeni, niż chcieliśmy. Jeśli miałabym szukać jasnych stron to przynajmniej wiemy, że możemy mieć dzieci - skoro 2 razy się udało to powinno się jeszcze udać. Ciemne strony? Poza tymi najbardziej oczywistymi to najgorsza jest świadomość, że 2 kreski są dopiero początkiem bardzo długiej drogi.

Ale warto! I dopóki jest chociaż cień nadziei to będziemy walczyć. Jeśli chcecie mi towarzyszyć w walce o moje tęczowe dziecko, zapraszam.