Po USG stwierdzającym zespół taśm owodniowych poszliśmy jeszcze na konsultację genetyczną. Genetyk wypytał nas o stan zdrowia, obciążenia w rodzinie i mimo poprzedniej diagnozy zasugerował amniopunkcję, bo "nieprawidłowy wynik pogorszyłby dobre rokowania". Mój lekarz prowadzący też zasugerował, że to powinno mnie uspokoić, bo nie spodziewamy się złego wyniku.
Więc w 16 tygodniu z rana zgłaszam się do szpitala z Mężem. Mam ze sobą wyniki badań krwi (HIV, kiła, żółtaczka) i osobę towarzyszącą - to tyle, jeśli chodzi o zalecenia. Do gabinetu wchodzę sama, po wypełnieniu krótkiej ankiety dotyczącej celu badania i zgody na badania genetyczne kładę się na leżance.
Nie taka amniopunkcja straszna jak ją malują. Badanie wykonuje się pod nadzorem USG, trwa może minutę. Wkłucie igłą w brzuch jest nieprzyjemne, ale nie boli. Wystarczy nie patrzeć. Po wszystkim trzeba posiedzieć około 10 minut na korytarzu i jeśli nic się nie dzieje można jechać do domu. Przez kilka dni trzeba prowadzić oszczędny tryb życia i uważnie obserwować, czy nic się nie dzieje.
Ale właśnie, po pobraniu płynu lekarka jeszcze patrzy w ekran USG. Obecnym przy badaniu studentom (to szpital kliniczny) pokazuje wytrzewienie, taśmy, nogę... "Nie jest dobrze, noga się nie rusza. I nie wiem, co z prawą ręką... Brakuje palców, albo są zrośnięte. Nie wygląda to dobrze." Kolejny cios. Co mam robić? "Czekać na wyniki amniopunkcji. I kontrolować na USG. Ale nie jest dobrze."
Całą drogę do domu płaczę. Znowu się boję. Co jeszcze? Brzuch, ręka, noga, nie wiadomo co dalej. Moje Maleństwo urodzi się bez nogi? Z uszkodzoną ręką? Z jelitami na wierzchu. Za co? Dlaczego? Dlaczego Ono? Dlaczego ja? Jak będzie wyglądało nasze życie? Spędzimy je w szpitalu? Prowadząc wózek? Jak długo to potrwa? Gdzie szukać pomocy?
Życie jest niesprawiedliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz