Jeszcze w szpitalu musieliśmy podjąć decyzję, czy będziemy chcieli pogrzebu, czy zostawiamy to szpitalowi. Świadomość, że już zawsze będziemy mieli grób do odwiedzania była okropna, ale z drugiej strony jak mogę nie wiedzieć, gdzie jest moje Maleństwo?
Dziecko zawsze można pochować. W szpitalu dostajemy kartę martwego urodzenia, na której wypisana jest data, płeć, miejsce narodzin. Z tym dokumentem trzeba udać się do Urzędu Stanu Cywilnego po akt urodzenia dziecka, które urodziło się martwe. Dziecku trzeba nadać imię. A potem można udać się do zakładu pogrzebowego, który pokieruje nas dalej. Jeśli jesteśmy ubezpieczeni w ZUSie przysługuje nam 4000 zł zasiłku pogrzebowego, niezależnie czy wydamy więcej czy mniej. Żeby go uzyskać, trzeba złożyć odpowiedni wniosek w ZUSie, chyba, że zakład pogrzebowy rozliczy się za nas (w moim mieście w przypadku pogrzebu dziecka tak nie robią).
Wizyta w zakładzie pogrzebowym to trauma. Od razu zostaję poinformowana, że w tym momencie nowe groby powstają już tylko na 1 cmentarzu, na drugim końcu miasta. Tylko mgliście wiem, gdzie to jest, nic mnie z tym miejscem nie łączy, nie chcę tam mieć żadnego grobu. Na szczęście można dochować urnę do istniejącego grobu rodzinnego.
Wydawałoby się, że w takich miejscach pracują ludzie z odrobiną empatii. A jednak nie. Kiedy pani w zakładzie pogrzebowym pyta, ile centymetrów
miało dziecko, zamieram. A po chwili dodaje – to nie ma sensu trumny, tu wystarczy urna,
to przecież jest płód. Sama jesteś płodem! To jest do cholery moje Dziecko, nie
żaden płód. Moje zadbane, wyczekane, wychuchane od samego zarodka Dziecko.
Poszłam do innego zakładu. Tam, gdzie o moim Dziecku mówią dzieciątko, a nie
płód.
Nie wiesz , jaki to ból, kiedy w zakładzie pogrzebowym
musisz powiedzieć, że chodzi o pogrzeb dziecka. Kiedy każą Ci wybierać trumnę
czy napis. Kwiaty. Napis na szarfie. Pierwszy raz rozkleiłam się, kiedy okazało
się, że musimy pojechać do prosektorium – któreś z rodziców musi tam być przy
odbiorze ciała. I ta delikatna sugestia, żebyśmy przynieśli ze sobą pieluszkę
do owinięcia… Drugi raz, kiedy zadzwoniłam do księdza. – Imię, nazwisko, ooo…
Pamiętam Cię. Bardzo mi przykro. – Ksiądz, który udzielał mi Komunii, a jednak
zapamiętał. Przynajmniej moje Dziecko nie będzie anonimowe. I będzie leżeć z
pradziadkami, zawsze to raźniej.
A potem jest już tylko gorzej. Jesteśmy tylko w gronie najbliższych, my, rodzice i ciotka. Nikomu innego nie dawaliśmy znać. Ja płaczę właściwie cały czas, Mąż rozkleja się, kiedy dostaje do ręki wieniec. Modlitwa jest krótka, "ceremonia" w zasadzie też. I tyle nam zostało z tych pięknych 4 miesięcy razem. Dziura w sercu, dziura w ziemi.
Śpij spokojnie. Mama i Tata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz