Po raz pierwszy od dawna muszę zmierzyć się z publiczną opieką zdrowotną - dostałam skierowanie do Poradni Patologii Ciąży. Jadę tam o 7 rano, żeby ustawić się w kolejce. Pierwsza kolejka do rejestracji, czekam jakieś 40 minut. Pokazuję skierowanie, dostaję numerek. Teraz czekam na swoją kolej do lekarza.
Numerki nie idą po kolei. Pewnie według ciężaru przypadków. Może nie jestem takim najcięższym? Tak, to pocieszające. Po jakiejś godzinie wchodzę do gabinetu, w środku młody lekarz i starsza lekarka. Robią mi szybkie USG, żeby potwierdzić diagnozę i każą przyjść na amniopunkcję. Jak to? Po co? "Bo standardowo tak robią". Ale przecież ryzyko poronienia jest 200 razy większe niż ryzyko znalezienia jakichś wad! "Jak pani nie chce, to musi pani podpisać, że się nie zgadza." Termin za 2 tygodnie, pod koniec listopada.
Płaczę, dzwoniąc do Męża. Boję się, że poronię. I jeszcze bardziej boję się, że coś wyjdzie. Wyniki tuż przed Świętami. Idealny czas. Ale może lepiej wiedzieć? Przygotować się? Albo... no właśnie. Czy ja wiem, co zrobię, jeśli coś wyjdzie? Czy jestem gotowa na aborcję? Czy jestem gotowa na życie z chorym dzieckiem?
Co ze mnie za matka, skoro tego nie wiem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz