Resztki po zabiegu łyżeczkowania, to brzmi okropnie. Chodzisz sobie z takim czymś w brzuchu, obrzydlistwo. I czujesz się trochę jak z bombą, która może wybuchnąć. Lekarz ostrzega, że jeśli dostanę krwotoku to mam jechać do szpitala. Więc torba na wszelki wypadek stoi cały czas spakowana. Badam sobie CRP, żeby sprawdzić, czy nie robi się stan zapalny. I modlę się o to, żeby nie było kolejnego zabiegu.
W końcu po 6 tygodniach przychodzi wyczekiwany okres. Nareszcie! Na żaden inny okres tak nie czekałam... Kiedy się kończy, biegnę do lekarza, żeby sprawdzić, czy wszystko jest OK. Nie do swojego, on ma mnie już chyba za histeryczkę, zresztą - USG umie zrobić każdy ginekolog, więc nie chce mi się jechać na drugi koniec miasta.
Czekam na dobre wieści, a tu... znowu dupa. Dalej tam coś jest. Lekarz daje skierowanie do szpitala, straszy, że nie można czekać, bo może się z tego rozwinąć zaśniad, "czy pani wie, co to jest zaśniad?". Oj tak, panie doktorze, dr Google dokładnie mi to wyjaśnił. W domu się rozklejam. Czy to kara za terminację? Boję się kolejnego zabiegu. Niby wiem, że to nic strasznego, ale wiem też, że każdy kolejny zmniejsza moje szanse na kolejną ciążę.
W szpitalu studzą moje rozgorączkowanie. To była wysoka ciąża, beta spada, została jakaś drobina. Nie są specjalnie chętni do zabiegu. Wysyłają na konsultację do guru USG, który po wnikliwym badaniu stwierdza, że to nie resztki po zabiegu. Taka uroda mojej macicy, tak się układa do zdjęcia, że widać naczynia. Nie ma to wpływu na kolejne ciąże.
W końcu, po 8 tygodniach, słyszę jakieś dobre wieści.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz