Na USG I trymestru umawiam się dość późno - to 13t1d. Po drodze Wszystkich Świętych, wolne, tak jakoś to się przeciąga. Ale Maluch jest chyba efektem spóźnionej owulacji, więc ten termin jest jak najbardziej OK. Zaledwie tydzień wcześniej sprawdzamy, czy jest serce, jest, więc wszystko musi być już w porządku.
Dzień przed USG budzą mnie potworne mdłości. Do wieczora nie przechodzą, pojawia się temperatura i katar. Tylko tego brakowało. Karnie maszeruję do lekarza po L4 i popołudniu spokojnie jadę na badania. Spokojnie? No powiedzmy. Wiem, jak ważne jest to USG. Wiem, co może wyjść. Ale chyba dość tego pecha? W drodze planuję, że jak wszystko wyjdzie dobrze to powiem kuzynce.
Leżę na kozetce, to moje pierwsze USG przez brzuch. Kość nosowa widoczna, NT 2... Jest dobrze! W myślach już dzwonię do Mamy. I nagle lekarz spogląda mi w twarz i mówi, że nie będzie ukrywał, że mamy tu nieprawidłowość w budowie Malucha. Wytrzewienie - jelita są poza jamą brzucha. Resztę słyszę jak przez mgłę. Jedyne co do mnie dociera to to, że z punktu widzenia genetycznego to jest lepsza opcja, bo najczęściej to wada izolowana, nie występują przy niej inne. Badanie trwa 45 minut.
Siedzimy przy biurku, lekarz tłumaczy co to za wada. Pokazuje w Internecie jakie są rokowania. W idealnej opcji skończy się na 1 operacji i kilku tygodniach w szpitalu. W najgorszej opcji jelita będą w tak złym stanie, że dziecko nie przeżyje. W trakcie ciąży nic nie można zrobić, wszystko okaże się po porodzie. Już w 13 tygodniu dowiaduje się, że tylko cesarka.
Ryzyko wad genetycznych? Z USG i testu Pappa wynosi mniej niż 1 na 20 000. Jest super. Ale Maluch chory i nie wiemy, czego się spodziewać. Pytam, jak bardzo jest źle? Lekarz nie pociesza, mówi, że nie jest dobrze.
Po wyjściu z gabinetu mówię o wszystkim Mężowi. Jestem optymistką. Nie ma dużego ryzyka wad genetycznych. Z operacją sobie poradzimy. Dzwonię do Mamy, przyjaciółki. Nie ukrywam diagnozy, ale wszyscy mamy nadzieję, że będzie OK.
Załamanie przychodzi następnego dnia. Najpierw płaczę za moim idealnym dzieckiem. To nie tak miało być. Miałam urodzić w maju i już we wrześniu mieliśmy polecieć do Stanów. A teraz? Ile spędzimy w szpitalu? Nie będzie pięknych fotek na insta. Moje dziecko urodzi się z jelitami na wierzchu! Ja pierdolę. Dlaczego???
Potem płaczę z obawy. Boję się. Jeśli skończy się na jednej operacji i pobycie w szpitalu to OK, damy radę. Są gorsze rzeczy. Ale jeśli nie? Jeśli dziecko nie będzie jeść samodzielnie? Będzie na żywieniu pozajelitowym? Co będzie ze mną? To przecież zmiana całego życia. Jak mam wrócić do pracy? Będę siedzieć w domu? To wszystko spadnie na mnie. Naprawdę się boję. Mamy znajomych z niepełnosprawnym dzieckiem. Widzę, jak wygląda ich życie. Ona wróciła do pracy tylko dlatego, że zamieszkała z nimi na stałe teściowa. Nawet pokłócić się nie ma jak. Nie chcę jeszcze mieszkać z Rodzicami!
A co, jeśli Maluch nie przeżyje? Jak przeżyję śmierć własnego dziecka?
Nigdy w życiu tak się nie bałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz