środa, 14 lutego 2018

Operacja się udała, pacjent nie przeżył

Nieudana ciąża nie kończy się w momencie porodu czy poronienia. Trzeba jeszcze stawić czoła wynikom badań histopatologicznych, innych badań i własnym myślom. U mnie na pierwszy rzut poszły wyniki amniopunkcji, odebrane po miesiącu od porodu. "Kariotyp prawidłowy żeński" to było jak dostać obuchem w łeb. Niby tego się spodziewaliśmy, niby lekarze mówili, że mało prawdopodobne, żeby to była genetyka, ale mimo wszystko. To chwila, w której znowu boleśnie uświadomiłam sobie, że na nic nie mam wpływu. I przyszły ogromne wyrzuty sumienia.

Mogłam się nie zgodzić na amniopunkcję. Mogłam wykazać się większą odwagą i wziąć moje dziecko z genetyczną niewiadomą. Po co to było sprawdzać? Gdyby nie to badanie, wody by nie odeszły, Mała miałaby jakieś szanse. Kiedy lekarz stwierdził; "No cóż, natura sama zadecydowała", w myślach rzucam się na niego z pretensją - jaka natura? Ja zdecydowałam się na badanie, które uszkodziło worek owodniowy, za waszą (lekarzy) zresztą namową. Będę musiała się z tym mierzyć do końca życia. 

I kiedy wszyscy dookoła powtarzają, że to dobra wiadomość, że to oznacza, że prawdopodobnie nie jesteśmy nosicielami żadnych chorób, że kolejne ciąże nie są obciążone ryzykiem, ja w środku umieram. Tak, racja, to niby dobra wiadomość. Ale czy to wróci zdrowie i życie mojej Córeczce? Ja już wiem, że to nie genetyka jest naszym wrogiem, a pech. 

Jak się walczy z pechem? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz