poniedziałek, 5 lutego 2018

L4 czy nie L4?

Myślałam, że w kolejnej ciąży pójdę na L4 od razu, na wszelki wypadek. Ale w zasadzie po co? Na pierwszej wizycie, kiedy jeszcze nie widać serca lekarz proponuje mi zwolnienie, żebym się nie denerwowała w pracy czekając na serce. Odmawiam, bo przynajmniej przez 8 godzin mam głowę zajętą czym innym. A skoro nie ma takiej konieczności?

Kiedy idę po raz kolejny, z tygodniowym plamieniem, dostaję już obowiązkowe L4 na tydzień, żeby się oszczędzać. Czy chcę potem wrócić do pracy? Tak. Więc wracam. To już 11 tydzień, najwyższy czas powiedzieć szefom.

Od tego momentu mogłabym pracować w zasadzie do końca. Nie mogę robić nadgodzin. Uczę swojego następcę, więc mam pewność, że nic się nie zawali. Kiedy bardzo źle się czuję to piszę sms-a, że tego dnia nie przyjdę. Każdy lekarz, do którego trafiam z miejsca wyciąga bloczek ze zwolnieniami i pyta, czy przypadkiem nie chcę.

Ale nie. Nie chcę. Praca, wyjście do ludzi mobilizuje. Mam pomalowane paznokcie, wyprostowane włosy i starannie przemyślany strój. Co ja miałabym w tym momencie robić w domu? Wiadomo, jeśli będzie taka konieczność to zostanę, ale tak długo jak długo dobrze się czuję? Nie ma opcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz