czwartek, 25 stycznia 2018

1 na 3, czyli Obsoleta

Wiecie co oznacza ten termin? Jeśli nie, uważajcie się za szczęściary. Jeśli wiecie, witam w jednym z najgorszych klubów świata.

Gravid obsoleta - ciąża obumarła. Kiedy z niewielkim plamieniem w 6 tygodniu pobiegłam do ginekologa, po raz pierwszy w życiu chciałam, żeby lekarz uznał mnie za hipochondryka i mnie wyśmiał. Plamienia się zdarzają, wiedziałam o tym. Zwykle nie oznaczają nic groźnego, to też wiedziałam. Więc kiedy lekarz robiąc USG spojrzał na mnie i powiedział, że bardzo mu przykro, ale serce nie bije, nie uwierzyłam. Natychmiast wysłał mnie na badanie BHCG i zaraz potem do szpitala. W drodze płakałam, ale jeszcze myślałam, że może to wina USG, że to nie może być prawda. Bo przecież 3 dni wcześniej biło, przynajmniej tak twierdził lekarz, bo ja na ekranie nie rozpoznaje nic. 

Szpitalne badanie trwało może 30 sekund. "Poronienie, przykro mi, proszę się zgłosić w poniedziałek na czczo, chyba, że przez weekend dostanie pani krwotoku". A ja zamiast wyjść, pytałam jeszcze dlaczego. "To się zdarza w co trzeciej ciąży, po prostu". Po prostu? Jestem tylko ofiarą statystyki? 

Nie wiedziałam, że można tak płakać po kimś, kogo się nigdy nie poznało. Na własną rękę powtórzyłam po 48h BHCG, rosło prawidłowo, więc nadzieja znowu się zapaliła. W poniedziałek na czczo zgłosiłam się do szpitala licząc na to, że to tylko koszmarna pomyłka. W rejestracji dumnie poinformowałam, że BHCG rośnie, położna kazała mi to powtórzyć lekarzowi. Kolejne USG, serce nie bije, no ale beta wzrosła. Znowu jestem tylko statystką, której lekarz mówi wprost: "Moim zdaniem nic z tej ciąży nie będzie, ale głupio podać tabletki jak beta rośnie". Po kolejnych 2 dniach zaczyna spadać, serca nie ma, ale będzie zabieg. 

O tabletki muszę się sama upomnieć, inaczej na czczo czekałabym kolejny dzień. Po pierwszej dawce chodzę, nic się nie dzieje. O drugą dawkę znów muszę się upomnieć. To na szczęście wystarcza, żebym po 2h i krótkim badaniu trafiła na zabieg. Muszę podpisać kilka dokumentów dla anestezjologa. Kiedy pytam, co się dzieje ze szczątkami, nikt nie potrafi mi odpowiedzieć. Niby znam swoje prawa, wiem, że mogłabym zrobić badania genetyczne, ale odpuszczam. Mam dość upominania się o swoje. 

Zabieg w znieczuleniu trwa kilkanaście minut, potem 2h "trzeźwienia" i normalnie mogłąbym pójść do domu. Ale po znieczuleniu źle się czuję i zwyczajnie boję się wyjść, więc na noc zostaję. Rano dostaję wypis, nikt się mną już nie interesuje. Tylko dwoje lekarzy podchodzi do mnie i męża, mówią, że nie powinniśmy współżyć do pierwszej miesiączki, mam dalej brać kwas foliowy i wstrzymać się 3 miesiące. I tyle. 

1 na 3. Obsoleta. Witamy w klubie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz