środa, 31 stycznia 2018

Małżeństwo po stracie

Nie lubię słowa "poronienie". Głównie dlatego, że zwykle używa się go w kontekście "X poroniła ciążę". Może jestem przewrażliwiona, ale w moich uszach to brzmi, jakby to obarczało winą kobietę - w kontekście nie donosiła ciąży. I szczerze? Ja tak się właśnie czuję. Bo gdyby nie udawało nam się zajść w ciążę to można by szukać winy u partnera. Ale skoro plemniki działają, ewidentnie potrafią odnaleźć drogę, a mimo wszystko dziecka nie mamy to...? Coś musi być ze mną nie tak.

Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem doskonale, że wina nie musi leżeć po mojej stronie. Wie to również mój mąż i nigdy nawet nie wspomniał, że tak może być. Ale wiedza to jedno. A poczucie winy to drugie. Przez pierwsze 2 lata naszego związku byłam prawie pewna, że dzieci w sposób naturalny mieć nie będziemy ze względu na przeszłość chorobową. Pogodziłam się z tym, w końcu in vitro to nie koniec świata, a na szczęście trafiliśmy na dobrych lekarzy, którzy w odpowiednim czasie zabezpieczyli nam tę możliwość. Ale trochę mnie jednak bolało, kiedy okazało się, że znajomi spodziewają się dziecka. Bo u nas miało być inaczej, miało nie być szans na niespodziankę. I trochę kłuło, że nie zaskoczę męża dwoma kreskami - bo przy in vitro raczej trudno o zaskoczenie. A jednak po 2 latach okazało się, że wyniki są w porządku, od choroby minął odpowiedni okres czasu i nie ma żadnych przeciwwskazań do starań naturalnych. I biorąc pod uwagę całe to obciążenie to fakt, że udało się w zasadzie od razu to mały cud!

Ale ten cud straciliśmy. Piszę w liczbie mnogiej, ale tak naprawdę myślę w pojedynczej. Tak jakbym ja straciła bardziej. Bo mi zależy bardziej. Czy to prawda? Pewnie nie, po prostu mój mąż nie czuje aż takiej presji jak ja. Ale za ten brak presji obrywa mu się na każdym kroku. Kiedy przychodzi okres, którego miało nie być dbam o to, żeby to odczuł. Kiedy nie ma ochoty czy siły na zbliżenie to już w ogóle - żyć mu nie daję. A w duchu jestem jeszcze bardziej wściekła - bo czy ja mam ochotę na seks po długim dniu pracy i drugim etacie w domu? Niespecjalnie, ale cóż, dni płodne nie zawsze trafiają w weekend.

Mój mąż ma świętą cierpliwość. I szczęście, że mimo wszystko do tej pory w miarę sprawnie nam to idzie. Bo jak to jest się starać latami? Jak się nauczyć cierpliwości? I jak nie wykończyć małżeństwa pragnieniem dziecka?

Obym się tego nigdy nie musiała dowiadywać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz