Resztki po zabiegu łyżeczkowania, to brzmi okropnie. Chodzisz sobie z takim czymś w brzuchu, obrzydlistwo. I czujesz się trochę jak z bombą, która może wybuchnąć. Lekarz ostrzega, że jeśli dostanę krwotoku to mam jechać do szpitala. Więc torba na wszelki wypadek stoi cały czas spakowana. Badam sobie CRP, żeby sprawdzić, czy nie robi się stan zapalny. I modlę się o to, żeby nie było kolejnego zabiegu.
W końcu po 6 tygodniach przychodzi wyczekiwany okres. Nareszcie! Na żaden inny okres tak nie czekałam... Kiedy się kończy, biegnę do lekarza, żeby sprawdzić, czy wszystko jest OK. Nie do swojego, on ma mnie już chyba za histeryczkę, zresztą - USG umie zrobić każdy ginekolog, więc nie chce mi się jechać na drugi koniec miasta.
Czekam na dobre wieści, a tu... znowu dupa. Dalej tam coś jest. Lekarz daje skierowanie do szpitala, straszy, że nie można czekać, bo może się z tego rozwinąć zaśniad, "czy pani wie, co to jest zaśniad?". Oj tak, panie doktorze, dr Google dokładnie mi to wyjaśnił. W domu się rozklejam. Czy to kara za terminację? Boję się kolejnego zabiegu. Niby wiem, że to nic strasznego, ale wiem też, że każdy kolejny zmniejsza moje szanse na kolejną ciążę.
W szpitalu studzą moje rozgorączkowanie. To była wysoka ciąża, beta spada, została jakaś drobina. Nie są specjalnie chętni do zabiegu. Wysyłają na konsultację do guru USG, który po wnikliwym badaniu stwierdza, że to nie resztki po zabiegu. Taka uroda mojej macicy, tak się układa do zdjęcia, że widać naczynia. Nie ma to wpływu na kolejne ciąże.
W końcu, po 8 tygodniach, słyszę jakieś dobre wieści.
sobota, 17 lutego 2018
piątek, 16 lutego 2018
Kontrola
Idąc na pierwszą kontrolę, po 3 tygodniach od porodu, byłam pełna nadziei. Oczekiwałam, że lekarz mnie zbada, stwierdzi, że wszystko jest idealnie i żeby działać, najlepiej od razu!
A tu znów pod górkę. Obraz USG pokazał, że dupa, nic nie jest idealnie, zostały jakieś resztki po zabiegu. Nie dużo, ale coś tam jest. Oby zniknęło po pierwszym okresie, bo jak nie, to... kolejny zabieg. Trzeci w ciągu niecałego roku. Kolejny kopniak od losu. A może kara? O kolejnych staraniach możemy porozmawiać dopiero, jak to zniknie. Bezwzględnie. Nie jestem głupia, wiem, że to zagrożenie nie tylko dla mojego zdrowia, ale też dla kolejnych ciąż, więc nawet nie próbuję negocjować.
Ale lekarz mówi też wprost, że potem decyzja należy do mnie. On by zalecał odczekać 3 miesiące, a potem zdać się na naturę i zobaczyć, jak szybko organizm będzie chciał zaciążyć. A mnie opadają kolejne piórka. Jestem z gatunku tych, którzy nienawidzą zdawać się na los, naturę, przypadek czy cokolwiek innego. Ja już zaplanowałam, że niczego nie zostawię naturze, że monitoring owulacji, że może stymulacja? Ja chcę zajść w ciążę od razu, jak tylko dostanę zielone światło! A on mi tu o naturze...?
Bezsilność. Dopada mnie paskudna bezsilność.
A tu znów pod górkę. Obraz USG pokazał, że dupa, nic nie jest idealnie, zostały jakieś resztki po zabiegu. Nie dużo, ale coś tam jest. Oby zniknęło po pierwszym okresie, bo jak nie, to... kolejny zabieg. Trzeci w ciągu niecałego roku. Kolejny kopniak od losu. A może kara? O kolejnych staraniach możemy porozmawiać dopiero, jak to zniknie. Bezwzględnie. Nie jestem głupia, wiem, że to zagrożenie nie tylko dla mojego zdrowia, ale też dla kolejnych ciąż, więc nawet nie próbuję negocjować.
Ale lekarz mówi też wprost, że potem decyzja należy do mnie. On by zalecał odczekać 3 miesiące, a potem zdać się na naturę i zobaczyć, jak szybko organizm będzie chciał zaciążyć. A mnie opadają kolejne piórka. Jestem z gatunku tych, którzy nienawidzą zdawać się na los, naturę, przypadek czy cokolwiek innego. Ja już zaplanowałam, że niczego nie zostawię naturze, że monitoring owulacji, że może stymulacja? Ja chcę zajść w ciążę od razu, jak tylko dostanę zielone światło! A on mi tu o naturze...?
Bezsilność. Dopada mnie paskudna bezsilność.
czwartek, 15 lutego 2018
Śpij spokojnie. Mama i Tata.
Myślałam, że decyzja o terminacji ciąży to najgorsze, co musiałam zrobić w życiu. Myliłam się. Nie ma nic bardziej parszywego na świecie niż organizowanie pogrzebu własnego dziecka. Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, to zaburza porządek świata...
Jeszcze w szpitalu musieliśmy podjąć decyzję, czy będziemy chcieli pogrzebu, czy zostawiamy to szpitalowi. Świadomość, że już zawsze będziemy mieli grób do odwiedzania była okropna, ale z drugiej strony jak mogę nie wiedzieć, gdzie jest moje Maleństwo?
Dziecko zawsze można pochować. W szpitalu dostajemy kartę martwego urodzenia, na której wypisana jest data, płeć, miejsce narodzin. Z tym dokumentem trzeba udać się do Urzędu Stanu Cywilnego po akt urodzenia dziecka, które urodziło się martwe. Dziecku trzeba nadać imię. A potem można udać się do zakładu pogrzebowego, który pokieruje nas dalej. Jeśli jesteśmy ubezpieczeni w ZUSie przysługuje nam 4000 zł zasiłku pogrzebowego, niezależnie czy wydamy więcej czy mniej. Żeby go uzyskać, trzeba złożyć odpowiedni wniosek w ZUSie, chyba, że zakład pogrzebowy rozliczy się za nas (w moim mieście w przypadku pogrzebu dziecka tak nie robią).
Wizyta w zakładzie pogrzebowym to trauma. Od razu zostaję poinformowana, że w tym momencie nowe groby powstają już tylko na 1 cmentarzu, na drugim końcu miasta. Tylko mgliście wiem, gdzie to jest, nic mnie z tym miejscem nie łączy, nie chcę tam mieć żadnego grobu. Na szczęście można dochować urnę do istniejącego grobu rodzinnego.
Wydawałoby się, że w takich miejscach pracują ludzie z odrobiną empatii. A jednak nie. Kiedy pani w zakładzie pogrzebowym pyta, ile centymetrów
miało dziecko, zamieram. A po chwili dodaje – to nie ma sensu trumny, tu wystarczy urna,
to przecież jest płód. Sama jesteś płodem! To jest do cholery moje Dziecko, nie
żaden płód. Moje zadbane, wyczekane, wychuchane od samego zarodka Dziecko.
Poszłam do innego zakładu. Tam, gdzie o moim Dziecku mówią dzieciątko, a nie
płód.
Nie wiesz , jaki to ból, kiedy w zakładzie pogrzebowym
musisz powiedzieć, że chodzi o pogrzeb dziecka. Kiedy każą Ci wybierać trumnę
czy napis. Kwiaty. Napis na szarfie. Pierwszy raz rozkleiłam się, kiedy okazało
się, że musimy pojechać do prosektorium – któreś z rodziców musi tam być przy
odbiorze ciała. I ta delikatna sugestia, żebyśmy przynieśli ze sobą pieluszkę
do owinięcia… Drugi raz, kiedy zadzwoniłam do księdza. – Imię, nazwisko, ooo…
Pamiętam Cię. Bardzo mi przykro. – Ksiądz, który udzielał mi Komunii, a jednak
zapamiętał. Przynajmniej moje Dziecko nie będzie anonimowe. I będzie leżeć z
pradziadkami, zawsze to raźniej.
A potem jest już tylko gorzej. Jesteśmy tylko w gronie najbliższych, my, rodzice i ciotka. Nikomu innego nie dawaliśmy znać. Ja płaczę właściwie cały czas, Mąż rozkleja się, kiedy dostaje do ręki wieniec. Modlitwa jest krótka, "ceremonia" w zasadzie też. I tyle nam zostało z tych pięknych 4 miesięcy razem. Dziura w sercu, dziura w ziemi.
Śpij spokojnie. Mama i Tata.
środa, 14 lutego 2018
Operacja się udała, pacjent nie przeżył
Nieudana ciąża nie kończy się w momencie porodu czy poronienia. Trzeba jeszcze stawić czoła wynikom badań histopatologicznych, innych badań i własnym myślom. U mnie na pierwszy rzut poszły wyniki amniopunkcji, odebrane po miesiącu od porodu. "Kariotyp prawidłowy żeński" to było jak dostać obuchem w łeb. Niby tego się spodziewaliśmy, niby lekarze mówili, że mało prawdopodobne, żeby to była genetyka, ale mimo wszystko. To chwila, w której znowu boleśnie uświadomiłam sobie, że na nic nie mam wpływu. I przyszły ogromne wyrzuty sumienia.
Mogłam się nie zgodzić na amniopunkcję. Mogłam wykazać się większą odwagą i wziąć moje dziecko z genetyczną niewiadomą. Po co to było sprawdzać? Gdyby nie to badanie, wody by nie odeszły, Mała miałaby jakieś szanse. Kiedy lekarz stwierdził; "No cóż, natura sama zadecydowała", w myślach rzucam się na niego z pretensją - jaka natura? Ja zdecydowałam się na badanie, które uszkodziło worek owodniowy, za waszą (lekarzy) zresztą namową. Będę musiała się z tym mierzyć do końca życia.
I kiedy wszyscy dookoła powtarzają, że to dobra wiadomość, że to oznacza, że prawdopodobnie nie jesteśmy nosicielami żadnych chorób, że kolejne ciąże nie są obciążone ryzykiem, ja w środku umieram. Tak, racja, to niby dobra wiadomość. Ale czy to wróci zdrowie i życie mojej Córeczce? Ja już wiem, że to nie genetyka jest naszym wrogiem, a pech.
Jak się walczy z pechem?
wtorek, 13 lutego 2018
Jak przeżyć Święta po stracie?
Nie wiem. Jak najszybciej. Po prostu przeżyć.
Koleżanka powiedziała mi, że żałoba trwa rok właśnie po to, żebyśmy mogli przeżyć te wszystkie ważne okazje po raz pierwszy bez tej osoby. Może jest w tym sens, ale w pierwszej chwili to wydaje się zbyt okrutne.
Gdybym miała wybierać mój ulubiony miesiąc to zdecydowanie byłby to grudzień. Mikołaj, Święta, urodziny Męża. W 2016 już w listopadzie zaczęłam pracę nad świątecznymi dekoracjami. W 2017 też zamówiłam produkty do ich zrobienia.
Ale mój świat stanął 07.12.. Kiedy następnego dnia wyszłam ze szpitala i okazało się, że do Świąt zostały 2 tygodnie, życie stało się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Wszystkie dekoracje zostały w pudłach, nie pozwoliłam nawet kupić choinki. W domu nie było śladu świątecznej atmosfery. Prezenty kupiłam w Internecie, żeby nie wychodzić na miasto, nie widzieć światełek, nie słyszeć kolęd. Ani razu nie poszłam na mój ukochany Jarmark Bożonarodzeniowy.
Ale wiecie co jest najgorsze? To, że mój świat się zatrzymał nie wstrzymało reszty świata. Rodzice i Teściowie nie chcieli odpuścić i zostawić mnie w spokoju. Święta muszą się odbyć. Była choinka, prezenty, życzenia. I puste nakrycie przy stole.
To miały być najpiękniejsze Święta w naszym życiu. A były koszmarem. Na szczęście minęły. Oby już żadne nie były tak do dupy.
Koleżanka powiedziała mi, że żałoba trwa rok właśnie po to, żebyśmy mogli przeżyć te wszystkie ważne okazje po raz pierwszy bez tej osoby. Może jest w tym sens, ale w pierwszej chwili to wydaje się zbyt okrutne.
Gdybym miała wybierać mój ulubiony miesiąc to zdecydowanie byłby to grudzień. Mikołaj, Święta, urodziny Męża. W 2016 już w listopadzie zaczęłam pracę nad świątecznymi dekoracjami. W 2017 też zamówiłam produkty do ich zrobienia.
Ale mój świat stanął 07.12.. Kiedy następnego dnia wyszłam ze szpitala i okazało się, że do Świąt zostały 2 tygodnie, życie stało się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Wszystkie dekoracje zostały w pudłach, nie pozwoliłam nawet kupić choinki. W domu nie było śladu świątecznej atmosfery. Prezenty kupiłam w Internecie, żeby nie wychodzić na miasto, nie widzieć światełek, nie słyszeć kolęd. Ani razu nie poszłam na mój ukochany Jarmark Bożonarodzeniowy.
Ale wiecie co jest najgorsze? To, że mój świat się zatrzymał nie wstrzymało reszty świata. Rodzice i Teściowie nie chcieli odpuścić i zostawić mnie w spokoju. Święta muszą się odbyć. Była choinka, prezenty, życzenia. I puste nakrycie przy stole.
To miały być najpiękniejsze Święta w naszym życiu. A były koszmarem. Na szczęście minęły. Oby już żadne nie były tak do dupy.
niedziela, 11 lutego 2018
Urlop macierzyński po poronieniu
Każda kobieta, niezależnie od zaawansowania ciąży, ma prawo do urlopu macierzyńskiego w wymiarze 8 tygodni (56 dni kalendarzowych) liczonych od dnia porodu/poronienia. W tym celu musi jednak w szpitalu dostać kartę martwego urodzenia i następnego dnia zarejestrować dziecko w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz poinformować pracodawcę. Szkopuł polega na tym, że w karcie musi być wpisana płeć dziecka, a przy wczesnym poronieniu jest jeszcze nieznana. Jeżeli płeć dziecka nie jest możliwa do ustalenia przy porodzie/poronieniu, można na własną rękę wykonać badania genetyczne (płatne) i dopiero wtedy zarejestrować dziecko. Jednak pracodawca musi zostać poinformowany, że akt urodzenia dostanie w późniejszym terminie. Uwaga, urlop musi być wykorzystany zaraz po porodzie/poronieniu, nie można najpierw iść na L4, a dopiero potem na urlop.
Urlop macierzyński to bardzo nietrafiona nazwa w przypadku tych 8 tygodni po śmierci dziecka. Jedynymi jego zaletami są czas na przeżywanie żałoby i 100% wypłaty. Bo wiecie, fizycznie dochodzimy do siebie bardzo szybko. Krwawienie kończy się po około 2 tygodniach. Ale psychicznie?
Nie wiem, czy 8 tygodni to wystarczający czas. Każdy na pewno inaczej to przeżywa i dłużej lub krócej będzie dochodził do siebie. Co potem? Można wykorzystać zaległy urlop, jeśli taki mamy i oczywiście pracodawca się zgodzi. Albo udać się do psychiatry po L4. Na takim zwolnieniu można spędzić kolejne 182 dni.
Tylko czy z czasem jest łatwiej wrócić?
Urlop macierzyński to bardzo nietrafiona nazwa w przypadku tych 8 tygodni po śmierci dziecka. Jedynymi jego zaletami są czas na przeżywanie żałoby i 100% wypłaty. Bo wiecie, fizycznie dochodzimy do siebie bardzo szybko. Krwawienie kończy się po około 2 tygodniach. Ale psychicznie?
Nie wiem, czy 8 tygodni to wystarczający czas. Każdy na pewno inaczej to przeżywa i dłużej lub krócej będzie dochodził do siebie. Co potem? Można wykorzystać zaległy urlop, jeśli taki mamy i oczywiście pracodawca się zgodzi. Albo udać się do psychiatry po L4. Na takim zwolnieniu można spędzić kolejne 182 dni.
Tylko czy z czasem jest łatwiej wrócić?
Terminacja z przyczyn medycznych (TFMR)
W myśl obowiązującej ustawy terminacji ciąży można dokonać w 3 przypadkach: jeżeli ciąża jest wynikiem czynu zabronionego (do 12 tygodnia ciąży), w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia matki oraz w przypadku ciężkich i nieuleczalnych wad dziecka (do momentu osiągnięcia przez nie zdolności do samodzielnego życia poza organizmem kobiety, czyli w praktyce jakiś 22-24 tydzień).
Jeżeli przesłanką są wady genetyczne przed podjęciem decyzji należy wykonać badania genetyczne (amniopunkcję lub biopsję kosmówki). Jeżeli mowa o wadach rozwojowych - tu potwierdzeniem są zwykle badania USG. Decyzja o kontynuowaniu lub przerwaniu ciąży należy tylko do rodziców, lekarze w takiej sytuacji nie mogą jej podjąć ani namawiać do żadnego z rozwiązań.
Brzmi w sumie prosto. W praktyce to najtrudniejsza i najbardziej bolesna decyzja, jaką życie przed Tobą stawia. Czy jest nadzieja, że dziecko urodzi się w terminie? Czy ma szanse na normalne życie? Czy jesteśmy mu w stanie zapewnić właściwą opiekę? I czy jesteśmy w stanie pogodzić się ze śmiercią własnego dziecka?
Od momentu, kiedy pierwszy raz przedstawiono mi tę opcję, w myślach błagałam, żeby los mi tego oszczędził. Żeby serce przestało bić i żebym nie musiała podejmować tej decyzji. Niestety. Los nie okazał się łaskawy. Dostałam do ręki papier i długopis, lekarz podyktował mi treść "podania" do konsultanta wojewódzkiego. W życiu nie czułam się gorzej. Jak można prosić o coś takiego? Do ostatniego momentu pytałam lekarza, czy są jakieś szanse, że będzie dobrze. Nie odpowiedział.
Jak wygląda terminacja? To sztucznie wywołany poród - podawane są leki wywołujące skurcze, następuje poród siłami natury, a następnie wykonywany jest zabieg łyżeczkowania w celu dokładnego oczyszczenia macicy. Może to trwać od kilku godzin do kilku dni. Brzmi masakrycznie, ale tak jest lepiej dla kolejnych ciąż - mechaniczne rozwieranie szyjki może ją uszkodzić. Ból to kwestia indywidualna, ale można poprosić o środki przeciwbólowe. Następnego dnia po zabiegu najczęściej wychodzi się do domu.
Położne zwykle pytają, czy chcesz zobaczyć dziecko albo nawet przytulić. Jeśli ktoś czuje się na siłach nic nie stoi na przeszkodzie. Przed wyjściem ze szpitala pytają jeszcze, czy chcesz skorzystać z urlopu macierzyńskiego (potrzebna jest rejestracja w USC) i pochować dziecko.
Co ze sobą zabrać do szpitala? Koszulę nocną (taką do wyrzucenia, bo pewnie nie będziesz chciała jej już nigdy zobaczyć), szlafrok, coś do czytania, telefon z ładowarką, wodę mineralną, coś do zjedzenia (do zabiegu trzeba być co najmniej 6h na czczo, po znieczuleniu nie można jeść przez kolejne 2h, więc warto mieć ze sobą coś na potem). Bliska osoba też jest niezbędna - ciężko przez to przejść samemu.
Co dalej? Okres powinien przyjść po 4-6 tygodniach. Do tego czasu absolutny zakaz współżycia, ze względu na ryzyko infekcji. W przypadku jakichkolwiek niepokojących objawów (obfite krwawienie, skrzepy, nieprzyjemny zapach, ból) należy natychmiast skontaktować się z lekarzem. Jak zwykle po zabiegu, trzeba odebrać wyniki badania histopatologicznego. Zazwyczaj profilaktycznie przepisywany jest też antybiotyk. Czyli w zasadzie jak po poronieniu.
Czym się różni terminacja od poronienia? Decyzją. W przypadku poronienia dziecko już nie żyje, więc rodzicom oszczędzone jest podejmowanie decyzji. Technicznie rzecz biorąc, wygląda tak samo. Nigdy nie sądziłam, że będę komuś zazdrościć poronienia.
Jeżeli przesłanką są wady genetyczne przed podjęciem decyzji należy wykonać badania genetyczne (amniopunkcję lub biopsję kosmówki). Jeżeli mowa o wadach rozwojowych - tu potwierdzeniem są zwykle badania USG. Decyzja o kontynuowaniu lub przerwaniu ciąży należy tylko do rodziców, lekarze w takiej sytuacji nie mogą jej podjąć ani namawiać do żadnego z rozwiązań.
Brzmi w sumie prosto. W praktyce to najtrudniejsza i najbardziej bolesna decyzja, jaką życie przed Tobą stawia. Czy jest nadzieja, że dziecko urodzi się w terminie? Czy ma szanse na normalne życie? Czy jesteśmy mu w stanie zapewnić właściwą opiekę? I czy jesteśmy w stanie pogodzić się ze śmiercią własnego dziecka?
Od momentu, kiedy pierwszy raz przedstawiono mi tę opcję, w myślach błagałam, żeby los mi tego oszczędził. Żeby serce przestało bić i żebym nie musiała podejmować tej decyzji. Niestety. Los nie okazał się łaskawy. Dostałam do ręki papier i długopis, lekarz podyktował mi treść "podania" do konsultanta wojewódzkiego. W życiu nie czułam się gorzej. Jak można prosić o coś takiego? Do ostatniego momentu pytałam lekarza, czy są jakieś szanse, że będzie dobrze. Nie odpowiedział.
Jak wygląda terminacja? To sztucznie wywołany poród - podawane są leki wywołujące skurcze, następuje poród siłami natury, a następnie wykonywany jest zabieg łyżeczkowania w celu dokładnego oczyszczenia macicy. Może to trwać od kilku godzin do kilku dni. Brzmi masakrycznie, ale tak jest lepiej dla kolejnych ciąż - mechaniczne rozwieranie szyjki może ją uszkodzić. Ból to kwestia indywidualna, ale można poprosić o środki przeciwbólowe. Następnego dnia po zabiegu najczęściej wychodzi się do domu.
Położne zwykle pytają, czy chcesz zobaczyć dziecko albo nawet przytulić. Jeśli ktoś czuje się na siłach nic nie stoi na przeszkodzie. Przed wyjściem ze szpitala pytają jeszcze, czy chcesz skorzystać z urlopu macierzyńskiego (potrzebna jest rejestracja w USC) i pochować dziecko.
Co ze sobą zabrać do szpitala? Koszulę nocną (taką do wyrzucenia, bo pewnie nie będziesz chciała jej już nigdy zobaczyć), szlafrok, coś do czytania, telefon z ładowarką, wodę mineralną, coś do zjedzenia (do zabiegu trzeba być co najmniej 6h na czczo, po znieczuleniu nie można jeść przez kolejne 2h, więc warto mieć ze sobą coś na potem). Bliska osoba też jest niezbędna - ciężko przez to przejść samemu.
Co dalej? Okres powinien przyjść po 4-6 tygodniach. Do tego czasu absolutny zakaz współżycia, ze względu na ryzyko infekcji. W przypadku jakichkolwiek niepokojących objawów (obfite krwawienie, skrzepy, nieprzyjemny zapach, ból) należy natychmiast skontaktować się z lekarzem. Jak zwykle po zabiegu, trzeba odebrać wyniki badania histopatologicznego. Zazwyczaj profilaktycznie przepisywany jest też antybiotyk. Czyli w zasadzie jak po poronieniu.
Czym się różni terminacja od poronienia? Decyzją. W przypadku poronienia dziecko już nie żyje, więc rodzicom oszczędzone jest podejmowanie decyzji. Technicznie rzecz biorąc, wygląda tak samo. Nigdy nie sądziłam, że będę komuś zazdrościć poronienia.
sobota, 10 lutego 2018
Powikłania po amniopunkcji
Ryzyko powikłań po amniopunkcji wynosi 1:100. Sporo.
Zastanawiając się nad tym badaniem przetrzepałam Internet. Nigdzie nie znalazłam informacji, żeby ktoś stracił zdrową ciążę. To okropne, ale kiedy podjęliśmy decyzję przez głowę przeszła mi myśl, że moja ciąża nie jest zdrowa. Genetyk uspokajał, mówiąc, że w tym szpitalu poronienia po amniopunkcji zdarzają się bardzo rzadko i w zasadzie nie wiadomo, czy to powikłanie po zabiegu, bo najczęściej dzieci są po prostu bardzo chore i nie przeżywają.
Ale raz, dwa razy do roku zdarza się, że po badaniu zaczynają się sączyć wody płodowe. Wtedy trzeba natychmiast udać się na SOR i najczęściej udaje się to zatamować. Czyli w zasadzie nic wielkiego. A spokój bezcenny! Trzeba było dopytać, ile razy w tym roku już to się zdarzyło...
Amniopunkcję miałam ok. 10. Cały dzień leżakowałam, dzień lenia. Więc kiedy koło 21 poczułam, że coś ze mnie wypływa od razu się spakowałam i pojechaliśmy na SOR. Tam za pomocą papierków sprawdzono płyn i wyszło, że to nie wody. Ale mimo wszystko zostałam w szpitalu.
Kolejne badanie następnego dnia też nie potwierdziło, że to wody. Na wszelki wypadek kazano mi leżeć, bez wstawania nawet do toalety. Wody przestały się sączyć. Trzeciego dnia powtórzono badanie za pomocą bardzo czułego testu, który rozwiał wątpliwości - odeszły mi wody. W 16 tygodniu. No zdarza się, ale genetyk mówił, że to się da "naprawić". Lekarze nie są tak optymistyczni. Przede wszystkim - płuca mogą się nie rozwinąć, do porodu się tego nie dowiemy. Po drugie - przy bezwodziu/ małowodziu nie da się zrobić dobrego USG. To znaczy będzie widać, czy bije serce. Ale to w zasadzie tyle - nie sprawdzimy co z ręką, nogą, czy nie ma jeszcze innych wad. "Czy pani rozumie powagę sytuacji?". Aż za dobrze. Jest źle. I nikt nie da mi gwarancji, że nie będzie gorzej.
Na moje pytanie jakie mam opcje odpowiedzi są dwie: mogę dalej leżeć i próbować utrzymać ciążę, ale szanse są bardzo niskie. A nawet jeśli wytrzymamy jeszcze trochę w dwupaku, osobno nie spędzimy razem zbyt wiele czasu, jeżeli w ogóle będzie nam dane. Nawet mój lekarz, do którego w panice dzwonię, mówi, że to raczej kwestia kilku dni, kiedy poronienie zacznie się samo. A druga opcja? Czy rozważamy terminację?
To samo pytanie zadaje mi psycholog, która przychodzi ze mną porozmawiać. Czy rozważamy? Jak ja mogę podjąć taką decyzję? Wypytuję lekarza. Jakie są szanse? Naprawdę chcę usłyszeć, że są jakiekolwiek. Niech to będzie procent. Promil nawet. Niech mi dadzą jakikolwiek punkt zaczepienia. Jakąś nadzieję. Ale nikt się nie odzywa. Słyszę tylko, że ta kombinacja to zespół wad letalnych. Mam porozmawiać z Mężem. I jeśli podejmiemy decyzję, lekarz wytłumaczy mi co dalej.
Jak można w ogóle podjąć taką decyzję?
Zastanawiając się nad tym badaniem przetrzepałam Internet. Nigdzie nie znalazłam informacji, żeby ktoś stracił zdrową ciążę. To okropne, ale kiedy podjęliśmy decyzję przez głowę przeszła mi myśl, że moja ciąża nie jest zdrowa. Genetyk uspokajał, mówiąc, że w tym szpitalu poronienia po amniopunkcji zdarzają się bardzo rzadko i w zasadzie nie wiadomo, czy to powikłanie po zabiegu, bo najczęściej dzieci są po prostu bardzo chore i nie przeżywają.
Ale raz, dwa razy do roku zdarza się, że po badaniu zaczynają się sączyć wody płodowe. Wtedy trzeba natychmiast udać się na SOR i najczęściej udaje się to zatamować. Czyli w zasadzie nic wielkiego. A spokój bezcenny! Trzeba było dopytać, ile razy w tym roku już to się zdarzyło...
Amniopunkcję miałam ok. 10. Cały dzień leżakowałam, dzień lenia. Więc kiedy koło 21 poczułam, że coś ze mnie wypływa od razu się spakowałam i pojechaliśmy na SOR. Tam za pomocą papierków sprawdzono płyn i wyszło, że to nie wody. Ale mimo wszystko zostałam w szpitalu.
Kolejne badanie następnego dnia też nie potwierdziło, że to wody. Na wszelki wypadek kazano mi leżeć, bez wstawania nawet do toalety. Wody przestały się sączyć. Trzeciego dnia powtórzono badanie za pomocą bardzo czułego testu, który rozwiał wątpliwości - odeszły mi wody. W 16 tygodniu. No zdarza się, ale genetyk mówił, że to się da "naprawić". Lekarze nie są tak optymistyczni. Przede wszystkim - płuca mogą się nie rozwinąć, do porodu się tego nie dowiemy. Po drugie - przy bezwodziu/ małowodziu nie da się zrobić dobrego USG. To znaczy będzie widać, czy bije serce. Ale to w zasadzie tyle - nie sprawdzimy co z ręką, nogą, czy nie ma jeszcze innych wad. "Czy pani rozumie powagę sytuacji?". Aż za dobrze. Jest źle. I nikt nie da mi gwarancji, że nie będzie gorzej.
Na moje pytanie jakie mam opcje odpowiedzi są dwie: mogę dalej leżeć i próbować utrzymać ciążę, ale szanse są bardzo niskie. A nawet jeśli wytrzymamy jeszcze trochę w dwupaku, osobno nie spędzimy razem zbyt wiele czasu, jeżeli w ogóle będzie nam dane. Nawet mój lekarz, do którego w panice dzwonię, mówi, że to raczej kwestia kilku dni, kiedy poronienie zacznie się samo. A druga opcja? Czy rozważamy terminację?
To samo pytanie zadaje mi psycholog, która przychodzi ze mną porozmawiać. Czy rozważamy? Jak ja mogę podjąć taką decyzję? Wypytuję lekarza. Jakie są szanse? Naprawdę chcę usłyszeć, że są jakiekolwiek. Niech to będzie procent. Promil nawet. Niech mi dadzą jakikolwiek punkt zaczepienia. Jakąś nadzieję. Ale nikt się nie odzywa. Słyszę tylko, że ta kombinacja to zespół wad letalnych. Mam porozmawiać z Mężem. I jeśli podejmiemy decyzję, lekarz wytłumaczy mi co dalej.
Jak można w ogóle podjąć taką decyzję?
piątek, 9 lutego 2018
Amniopunkcja
Po USG stwierdzającym zespół taśm owodniowych poszliśmy jeszcze na konsultację genetyczną. Genetyk wypytał nas o stan zdrowia, obciążenia w rodzinie i mimo poprzedniej diagnozy zasugerował amniopunkcję, bo "nieprawidłowy wynik pogorszyłby dobre rokowania". Mój lekarz prowadzący też zasugerował, że to powinno mnie uspokoić, bo nie spodziewamy się złego wyniku.
Więc w 16 tygodniu z rana zgłaszam się do szpitala z Mężem. Mam ze sobą wyniki badań krwi (HIV, kiła, żółtaczka) i osobę towarzyszącą - to tyle, jeśli chodzi o zalecenia. Do gabinetu wchodzę sama, po wypełnieniu krótkiej ankiety dotyczącej celu badania i zgody na badania genetyczne kładę się na leżance.
Nie taka amniopunkcja straszna jak ją malują. Badanie wykonuje się pod nadzorem USG, trwa może minutę. Wkłucie igłą w brzuch jest nieprzyjemne, ale nie boli. Wystarczy nie patrzeć. Po wszystkim trzeba posiedzieć około 10 minut na korytarzu i jeśli nic się nie dzieje można jechać do domu. Przez kilka dni trzeba prowadzić oszczędny tryb życia i uważnie obserwować, czy nic się nie dzieje.
Ale właśnie, po pobraniu płynu lekarka jeszcze patrzy w ekran USG. Obecnym przy badaniu studentom (to szpital kliniczny) pokazuje wytrzewienie, taśmy, nogę... "Nie jest dobrze, noga się nie rusza. I nie wiem, co z prawą ręką... Brakuje palców, albo są zrośnięte. Nie wygląda to dobrze." Kolejny cios. Co mam robić? "Czekać na wyniki amniopunkcji. I kontrolować na USG. Ale nie jest dobrze."
Całą drogę do domu płaczę. Znowu się boję. Co jeszcze? Brzuch, ręka, noga, nie wiadomo co dalej. Moje Maleństwo urodzi się bez nogi? Z uszkodzoną ręką? Z jelitami na wierzchu. Za co? Dlaczego? Dlaczego Ono? Dlaczego ja? Jak będzie wyglądało nasze życie? Spędzimy je w szpitalu? Prowadząc wózek? Jak długo to potrwa? Gdzie szukać pomocy?
Życie jest niesprawiedliwe.
Więc w 16 tygodniu z rana zgłaszam się do szpitala z Mężem. Mam ze sobą wyniki badań krwi (HIV, kiła, żółtaczka) i osobę towarzyszącą - to tyle, jeśli chodzi o zalecenia. Do gabinetu wchodzę sama, po wypełnieniu krótkiej ankiety dotyczącej celu badania i zgody na badania genetyczne kładę się na leżance.
Nie taka amniopunkcja straszna jak ją malują. Badanie wykonuje się pod nadzorem USG, trwa może minutę. Wkłucie igłą w brzuch jest nieprzyjemne, ale nie boli. Wystarczy nie patrzeć. Po wszystkim trzeba posiedzieć około 10 minut na korytarzu i jeśli nic się nie dzieje można jechać do domu. Przez kilka dni trzeba prowadzić oszczędny tryb życia i uważnie obserwować, czy nic się nie dzieje.
Ale właśnie, po pobraniu płynu lekarka jeszcze patrzy w ekran USG. Obecnym przy badaniu studentom (to szpital kliniczny) pokazuje wytrzewienie, taśmy, nogę... "Nie jest dobrze, noga się nie rusza. I nie wiem, co z prawą ręką... Brakuje palców, albo są zrośnięte. Nie wygląda to dobrze." Kolejny cios. Co mam robić? "Czekać na wyniki amniopunkcji. I kontrolować na USG. Ale nie jest dobrze."
Całą drogę do domu płaczę. Znowu się boję. Co jeszcze? Brzuch, ręka, noga, nie wiadomo co dalej. Moje Maleństwo urodzi się bez nogi? Z uszkodzoną ręką? Z jelitami na wierzchu. Za co? Dlaczego? Dlaczego Ono? Dlaczego ja? Jak będzie wyglądało nasze życie? Spędzimy je w szpitalu? Prowadząc wózek? Jak długo to potrwa? Gdzie szukać pomocy?
Życie jest niesprawiedliwe.
czwartek, 8 lutego 2018
Zespół taśm owodniowych
Słyszeliście kiedyś o tej chorobie? Być może tak, parę lat temu w mediach głośna była sprawa małego Oliwiera, który mimo chyba 6 USG u 5 różnych lekarzy urodził się zaledwie z 1 kończyną...
Przed amniopunkcją musiałam jeszcze udać się na kontrolne USG w szpitalu u doskonałego specjalisty. Lekarz mało komunikatywny, na wstępie mnie uciszył i chyba z 30 minut ugniatał mój brzuch w różnych kierunkach. Owszem, jelita poza brzuchem. Nie chce pokazać lewej stopy. Ukrywa ją. Mówię, że ostatnio też tak było, nie chciał jej ujawnić. "Nie to, że nie chciał, jest uwięziona w taśmach." Lekarz pokazuje obraz drugiej lekarce - "Widzisz, taśmy". Hmmm no i co z tego? "Zespół taśm owodniowych, uszkodzenia brzucha powstały mechanicznie, moim zdaniem nie ma wskazań do amniopunkcji." Pytam jeszcze, czy to lepiej czy gorzej. "No wie Pani, noga jest uwięziona w taśmach, będzie osłabiona".
Znowu wychodząc ze szpitala dzwonię do Męża. Sądzimy, że to jednak dobra nowina - uszkodzenia mechaniczne, nie ma genetyki, jest OK! Radość nie trwa długo, bo standardowo sprawdzam Internet.
Taśmy przyklejają się do ciała dziecka i powodują uszkodzenia. Najczęściej kończyn - mogą się skończyć nawet wewnątrzmaciczną naturalną amputacją. Oglądam zdjęcia - dzieci bez palców, bez nóg, rąk. Masakra. A może być jeszcze gorzej! Bo jeśli dziecko połknie taką taśmę to może nastąpić rozszczep twarzy, przełyku. Jeśli owinie się wokół kręgosłupa to rozszczep kręgosłupa. Moje Maleństwo... takie zagrożone. Powinno być bezpieczne w moim brzuchu, a tymczasem tam czyha na niego taka masakra. Dlaczego???
Dlatego. To się po prostu zdarza. Nie ma przyczyn genetycznych. Nie ma innych przyczyn. Nic nie zrobiłam. Po prostu pech? Nie chcę tego słyszeć. Chcę znać przyczynę, bo zaczynam się zadręczać, czy mogłam temu jakoś zapobiec? Lekarze mówią, że nie. I znowu, nic nie można zrobić, trzeba obserwować.
Ledwo pogodziłam się z wytrzewieniem, a tu takie nowiny. Przede mną jeszcze 24 tygodni - co jeszcze może się wydarzyć? Jak to przeżyć? Jak się nie denerwować? Co robić?
Przed amniopunkcją musiałam jeszcze udać się na kontrolne USG w szpitalu u doskonałego specjalisty. Lekarz mało komunikatywny, na wstępie mnie uciszył i chyba z 30 minut ugniatał mój brzuch w różnych kierunkach. Owszem, jelita poza brzuchem. Nie chce pokazać lewej stopy. Ukrywa ją. Mówię, że ostatnio też tak było, nie chciał jej ujawnić. "Nie to, że nie chciał, jest uwięziona w taśmach." Lekarz pokazuje obraz drugiej lekarce - "Widzisz, taśmy". Hmmm no i co z tego? "Zespół taśm owodniowych, uszkodzenia brzucha powstały mechanicznie, moim zdaniem nie ma wskazań do amniopunkcji." Pytam jeszcze, czy to lepiej czy gorzej. "No wie Pani, noga jest uwięziona w taśmach, będzie osłabiona".
Znowu wychodząc ze szpitala dzwonię do Męża. Sądzimy, że to jednak dobra nowina - uszkodzenia mechaniczne, nie ma genetyki, jest OK! Radość nie trwa długo, bo standardowo sprawdzam Internet.
Taśmy przyklejają się do ciała dziecka i powodują uszkodzenia. Najczęściej kończyn - mogą się skończyć nawet wewnątrzmaciczną naturalną amputacją. Oglądam zdjęcia - dzieci bez palców, bez nóg, rąk. Masakra. A może być jeszcze gorzej! Bo jeśli dziecko połknie taką taśmę to może nastąpić rozszczep twarzy, przełyku. Jeśli owinie się wokół kręgosłupa to rozszczep kręgosłupa. Moje Maleństwo... takie zagrożone. Powinno być bezpieczne w moim brzuchu, a tymczasem tam czyha na niego taka masakra. Dlaczego???
Dlatego. To się po prostu zdarza. Nie ma przyczyn genetycznych. Nie ma innych przyczyn. Nic nie zrobiłam. Po prostu pech? Nie chcę tego słyszeć. Chcę znać przyczynę, bo zaczynam się zadręczać, czy mogłam temu jakoś zapobiec? Lekarze mówią, że nie. I znowu, nic nie można zrobić, trzeba obserwować.
Ledwo pogodziłam się z wytrzewieniem, a tu takie nowiny. Przede mną jeszcze 24 tygodni - co jeszcze może się wydarzyć? Jak to przeżyć? Jak się nie denerwować? Co robić?
środa, 7 lutego 2018
Poradnia patologii ciąży
Po raz pierwszy od dawna muszę zmierzyć się z publiczną opieką zdrowotną - dostałam skierowanie do Poradni Patologii Ciąży. Jadę tam o 7 rano, żeby ustawić się w kolejce. Pierwsza kolejka do rejestracji, czekam jakieś 40 minut. Pokazuję skierowanie, dostaję numerek. Teraz czekam na swoją kolej do lekarza.
Numerki nie idą po kolei. Pewnie według ciężaru przypadków. Może nie jestem takim najcięższym? Tak, to pocieszające. Po jakiejś godzinie wchodzę do gabinetu, w środku młody lekarz i starsza lekarka. Robią mi szybkie USG, żeby potwierdzić diagnozę i każą przyjść na amniopunkcję. Jak to? Po co? "Bo standardowo tak robią". Ale przecież ryzyko poronienia jest 200 razy większe niż ryzyko znalezienia jakichś wad! "Jak pani nie chce, to musi pani podpisać, że się nie zgadza." Termin za 2 tygodnie, pod koniec listopada.
Płaczę, dzwoniąc do Męża. Boję się, że poronię. I jeszcze bardziej boję się, że coś wyjdzie. Wyniki tuż przed Świętami. Idealny czas. Ale może lepiej wiedzieć? Przygotować się? Albo... no właśnie. Czy ja wiem, co zrobię, jeśli coś wyjdzie? Czy jestem gotowa na aborcję? Czy jestem gotowa na życie z chorym dzieckiem?
Co ze mnie za matka, skoro tego nie wiem?
Numerki nie idą po kolei. Pewnie według ciężaru przypadków. Może nie jestem takim najcięższym? Tak, to pocieszające. Po jakiejś godzinie wchodzę do gabinetu, w środku młody lekarz i starsza lekarka. Robią mi szybkie USG, żeby potwierdzić diagnozę i każą przyjść na amniopunkcję. Jak to? Po co? "Bo standardowo tak robią". Ale przecież ryzyko poronienia jest 200 razy większe niż ryzyko znalezienia jakichś wad! "Jak pani nie chce, to musi pani podpisać, że się nie zgadza." Termin za 2 tygodnie, pod koniec listopada.
Płaczę, dzwoniąc do Męża. Boję się, że poronię. I jeszcze bardziej boję się, że coś wyjdzie. Wyniki tuż przed Świętami. Idealny czas. Ale może lepiej wiedzieć? Przygotować się? Albo... no właśnie. Czy ja wiem, co zrobię, jeśli coś wyjdzie? Czy jestem gotowa na aborcję? Czy jestem gotowa na życie z chorym dzieckiem?
Co ze mnie za matka, skoro tego nie wiem?
wtorek, 6 lutego 2018
USG I trymestru + test Pappa
Na USG I trymestru umawiam się dość późno - to 13t1d. Po drodze Wszystkich Świętych, wolne, tak jakoś to się przeciąga. Ale Maluch jest chyba efektem spóźnionej owulacji, więc ten termin jest jak najbardziej OK. Zaledwie tydzień wcześniej sprawdzamy, czy jest serce, jest, więc wszystko musi być już w porządku.
Dzień przed USG budzą mnie potworne mdłości. Do wieczora nie przechodzą, pojawia się temperatura i katar. Tylko tego brakowało. Karnie maszeruję do lekarza po L4 i popołudniu spokojnie jadę na badania. Spokojnie? No powiedzmy. Wiem, jak ważne jest to USG. Wiem, co może wyjść. Ale chyba dość tego pecha? W drodze planuję, że jak wszystko wyjdzie dobrze to powiem kuzynce.
Leżę na kozetce, to moje pierwsze USG przez brzuch. Kość nosowa widoczna, NT 2... Jest dobrze! W myślach już dzwonię do Mamy. I nagle lekarz spogląda mi w twarz i mówi, że nie będzie ukrywał, że mamy tu nieprawidłowość w budowie Malucha. Wytrzewienie - jelita są poza jamą brzucha. Resztę słyszę jak przez mgłę. Jedyne co do mnie dociera to to, że z punktu widzenia genetycznego to jest lepsza opcja, bo najczęściej to wada izolowana, nie występują przy niej inne. Badanie trwa 45 minut.
Siedzimy przy biurku, lekarz tłumaczy co to za wada. Pokazuje w Internecie jakie są rokowania. W idealnej opcji skończy się na 1 operacji i kilku tygodniach w szpitalu. W najgorszej opcji jelita będą w tak złym stanie, że dziecko nie przeżyje. W trakcie ciąży nic nie można zrobić, wszystko okaże się po porodzie. Już w 13 tygodniu dowiaduje się, że tylko cesarka.
Ryzyko wad genetycznych? Z USG i testu Pappa wynosi mniej niż 1 na 20 000. Jest super. Ale Maluch chory i nie wiemy, czego się spodziewać. Pytam, jak bardzo jest źle? Lekarz nie pociesza, mówi, że nie jest dobrze.
Po wyjściu z gabinetu mówię o wszystkim Mężowi. Jestem optymistką. Nie ma dużego ryzyka wad genetycznych. Z operacją sobie poradzimy. Dzwonię do Mamy, przyjaciółki. Nie ukrywam diagnozy, ale wszyscy mamy nadzieję, że będzie OK.
Załamanie przychodzi następnego dnia. Najpierw płaczę za moim idealnym dzieckiem. To nie tak miało być. Miałam urodzić w maju i już we wrześniu mieliśmy polecieć do Stanów. A teraz? Ile spędzimy w szpitalu? Nie będzie pięknych fotek na insta. Moje dziecko urodzi się z jelitami na wierzchu! Ja pierdolę. Dlaczego???
Potem płaczę z obawy. Boję się. Jeśli skończy się na jednej operacji i pobycie w szpitalu to OK, damy radę. Są gorsze rzeczy. Ale jeśli nie? Jeśli dziecko nie będzie jeść samodzielnie? Będzie na żywieniu pozajelitowym? Co będzie ze mną? To przecież zmiana całego życia. Jak mam wrócić do pracy? Będę siedzieć w domu? To wszystko spadnie na mnie. Naprawdę się boję. Mamy znajomych z niepełnosprawnym dzieckiem. Widzę, jak wygląda ich życie. Ona wróciła do pracy tylko dlatego, że zamieszkała z nimi na stałe teściowa. Nawet pokłócić się nie ma jak. Nie chcę jeszcze mieszkać z Rodzicami!
A co, jeśli Maluch nie przeżyje? Jak przeżyję śmierć własnego dziecka?
Nigdy w życiu tak się nie bałam.
Dzień przed USG budzą mnie potworne mdłości. Do wieczora nie przechodzą, pojawia się temperatura i katar. Tylko tego brakowało. Karnie maszeruję do lekarza po L4 i popołudniu spokojnie jadę na badania. Spokojnie? No powiedzmy. Wiem, jak ważne jest to USG. Wiem, co może wyjść. Ale chyba dość tego pecha? W drodze planuję, że jak wszystko wyjdzie dobrze to powiem kuzynce.
Leżę na kozetce, to moje pierwsze USG przez brzuch. Kość nosowa widoczna, NT 2... Jest dobrze! W myślach już dzwonię do Mamy. I nagle lekarz spogląda mi w twarz i mówi, że nie będzie ukrywał, że mamy tu nieprawidłowość w budowie Malucha. Wytrzewienie - jelita są poza jamą brzucha. Resztę słyszę jak przez mgłę. Jedyne co do mnie dociera to to, że z punktu widzenia genetycznego to jest lepsza opcja, bo najczęściej to wada izolowana, nie występują przy niej inne. Badanie trwa 45 minut.
Siedzimy przy biurku, lekarz tłumaczy co to za wada. Pokazuje w Internecie jakie są rokowania. W idealnej opcji skończy się na 1 operacji i kilku tygodniach w szpitalu. W najgorszej opcji jelita będą w tak złym stanie, że dziecko nie przeżyje. W trakcie ciąży nic nie można zrobić, wszystko okaże się po porodzie. Już w 13 tygodniu dowiaduje się, że tylko cesarka.
Ryzyko wad genetycznych? Z USG i testu Pappa wynosi mniej niż 1 na 20 000. Jest super. Ale Maluch chory i nie wiemy, czego się spodziewać. Pytam, jak bardzo jest źle? Lekarz nie pociesza, mówi, że nie jest dobrze.
Po wyjściu z gabinetu mówię o wszystkim Mężowi. Jestem optymistką. Nie ma dużego ryzyka wad genetycznych. Z operacją sobie poradzimy. Dzwonię do Mamy, przyjaciółki. Nie ukrywam diagnozy, ale wszyscy mamy nadzieję, że będzie OK.
Załamanie przychodzi następnego dnia. Najpierw płaczę za moim idealnym dzieckiem. To nie tak miało być. Miałam urodzić w maju i już we wrześniu mieliśmy polecieć do Stanów. A teraz? Ile spędzimy w szpitalu? Nie będzie pięknych fotek na insta. Moje dziecko urodzi się z jelitami na wierzchu! Ja pierdolę. Dlaczego???
Potem płaczę z obawy. Boję się. Jeśli skończy się na jednej operacji i pobycie w szpitalu to OK, damy radę. Są gorsze rzeczy. Ale jeśli nie? Jeśli dziecko nie będzie jeść samodzielnie? Będzie na żywieniu pozajelitowym? Co będzie ze mną? To przecież zmiana całego życia. Jak mam wrócić do pracy? Będę siedzieć w domu? To wszystko spadnie na mnie. Naprawdę się boję. Mamy znajomych z niepełnosprawnym dzieckiem. Widzę, jak wygląda ich życie. Ona wróciła do pracy tylko dlatego, że zamieszkała z nimi na stałe teściowa. Nawet pokłócić się nie ma jak. Nie chcę jeszcze mieszkać z Rodzicami!
A co, jeśli Maluch nie przeżyje? Jak przeżyję śmierć własnego dziecka?
Nigdy w życiu tak się nie bałam.
poniedziałek, 5 lutego 2018
L4 czy nie L4?
Myślałam, że w kolejnej ciąży pójdę na L4 od razu, na wszelki wypadek. Ale w zasadzie po co? Na pierwszej wizycie, kiedy jeszcze nie widać serca lekarz proponuje mi zwolnienie, żebym się nie denerwowała w pracy czekając na serce. Odmawiam, bo przynajmniej przez 8 godzin mam głowę zajętą czym innym. A skoro nie ma takiej konieczności?
Kiedy idę po raz kolejny, z tygodniowym plamieniem, dostaję już obowiązkowe L4 na tydzień, żeby się oszczędzać. Czy chcę potem wrócić do pracy? Tak. Więc wracam. To już 11 tydzień, najwyższy czas powiedzieć szefom.
Od tego momentu mogłabym pracować w zasadzie do końca. Nie mogę robić nadgodzin. Uczę swojego następcę, więc mam pewność, że nic się nie zawali. Kiedy bardzo źle się czuję to piszę sms-a, że tego dnia nie przyjdę. Każdy lekarz, do którego trafiam z miejsca wyciąga bloczek ze zwolnieniami i pyta, czy przypadkiem nie chcę.
Ale nie. Nie chcę. Praca, wyjście do ludzi mobilizuje. Mam pomalowane paznokcie, wyprostowane włosy i starannie przemyślany strój. Co ja miałabym w tym momencie robić w domu? Wiadomo, jeśli będzie taka konieczność to zostanę, ale tak długo jak długo dobrze się czuję? Nie ma opcji.
Kiedy idę po raz kolejny, z tygodniowym plamieniem, dostaję już obowiązkowe L4 na tydzień, żeby się oszczędzać. Czy chcę potem wrócić do pracy? Tak. Więc wracam. To już 11 tydzień, najwyższy czas powiedzieć szefom.
Od tego momentu mogłabym pracować w zasadzie do końca. Nie mogę robić nadgodzin. Uczę swojego następcę, więc mam pewność, że nic się nie zawali. Kiedy bardzo źle się czuję to piszę sms-a, że tego dnia nie przyjdę. Każdy lekarz, do którego trafiam z miejsca wyciąga bloczek ze zwolnieniami i pyta, czy przypadkiem nie chcę.
Ale nie. Nie chcę. Praca, wyjście do ludzi mobilizuje. Mam pomalowane paznokcie, wyprostowane włosy i starannie przemyślany strój. Co ja miałabym w tym momencie robić w domu? Wiadomo, jeśli będzie taka konieczność to zostanę, ale tak długo jak długo dobrze się czuję? Nie ma opcji.
niedziela, 4 lutego 2018
Kamień milowy
Ciąża po stracie ma swoje kamienie milowe. W moim przypadku to początek siódmego tygodnia - wtedy poprzednim razem dowiedziałam się, że serce nie bije. Gdy więc w ten sam dzień w drugiej ciąży idę do toalety i odkrywam lekkie brązowe plamienie w myślach żegnam się też z tą kolejną ciążą.
Korzystanie z prywatnej opieki zdrowotnej daje ten komfort, że w zasadzie nie musisz czekać na wizytę. Toteż na chybił trafił wybieram lekarza dostępnego od zaraz i biegnę na wizytę. Kiedy mówię, że jestem w ciąży, że plamię, że poroniłam poprzednim razem, od razu trafiam pod USG. Serce bije, wszystko jest w porządku, plamienia są niewiadomego pochodzenia, ale nie zagrażają ciąży. Mam nie dźwigać, unikać tłocznych miejsc ze względu na jesienne infekcje i tyle.
Jestem histeryczką. Ale po takich przejściach podobno mi wolno. Lepiej wyjść na hipochondryka niż pluć sobie w brodę, że nic się nie zrobiło.
Będzie dobrze, prawda? Musi być!
Korzystanie z prywatnej opieki zdrowotnej daje ten komfort, że w zasadzie nie musisz czekać na wizytę. Toteż na chybił trafił wybieram lekarza dostępnego od zaraz i biegnę na wizytę. Kiedy mówię, że jestem w ciąży, że plamię, że poroniłam poprzednim razem, od razu trafiam pod USG. Serce bije, wszystko jest w porządku, plamienia są niewiadomego pochodzenia, ale nie zagrażają ciąży. Mam nie dźwigać, unikać tłocznych miejsc ze względu na jesienne infekcje i tyle.
Jestem histeryczką. Ale po takich przejściach podobno mi wolno. Lepiej wyjść na hipochondryka niż pluć sobie w brodę, że nic się nie zrobiło.
Będzie dobrze, prawda? Musi być!
sobota, 3 lutego 2018
Serduszko puka w rytmie cza-cza
Wynik BHCG potwierdza ciążę. Teraz to już będzie z górki, prawda?
A no nie. Ciąża po stracie jest obciążona. Teraz już wiesz, że 2 kreski to dopiero początek bardzo długiej i niebezpiecznej drogi. Więc zaraz po teście lecisz do lekarza. Wiesz, że nic nie będzie widać, ale przynajmniej Cię uspokoi. Jeśli na własną rękę zrobiłaś jakieś badania to dostaniesz leki. Albo przynajmniej Duphaston. Masz poczucie, że zrobiłaś wszystko.
Ja sobie obiecywałam, że nie polecę od razu do lekarza. Bo w sumie po co? I nie poszłam, zadzwoniłam tylko, żeby spytać, czy mam coś zrobić (brać Duphaston) i grzecznie poczekałam do wizyty w 6t2. I zonk... Lekarz nie widzi serca. Uspokaja, że pojawi się na dniach i każe przyjść za 3 dni. Ale czarne myśli już są... Na kolejną wizytę, wyznaczoną na chwilę tuż przed pracą, idę jak na ścięcie. W poczekalni umieram ze strachu.
Lekarz pokazuje migającą kropkę. Jest!!! Pierwszy kamień z serca.
A no nie. Ciąża po stracie jest obciążona. Teraz już wiesz, że 2 kreski to dopiero początek bardzo długiej i niebezpiecznej drogi. Więc zaraz po teście lecisz do lekarza. Wiesz, że nic nie będzie widać, ale przynajmniej Cię uspokoi. Jeśli na własną rękę zrobiłaś jakieś badania to dostaniesz leki. Albo przynajmniej Duphaston. Masz poczucie, że zrobiłaś wszystko.
Ja sobie obiecywałam, że nie polecę od razu do lekarza. Bo w sumie po co? I nie poszłam, zadzwoniłam tylko, żeby spytać, czy mam coś zrobić (brać Duphaston) i grzecznie poczekałam do wizyty w 6t2. I zonk... Lekarz nie widzi serca. Uspokaja, że pojawi się na dniach i każe przyjść za 3 dni. Ale czarne myśli już są... Na kolejną wizytę, wyznaczoną na chwilę tuż przed pracą, idę jak na ścięcie. W poczekalni umieram ze strachu.
Lekarz pokazuje migającą kropkę. Jest!!! Pierwszy kamień z serca.
piątek, 2 lutego 2018
Kochanie jestem w ciąży!
Jak powiedzieć partnerowi o ciąży? Może małe skarpetki? Body niemowlęce? Zapakowany test ciążowy? To ostatnie zawsze wydawało mi się słabe, obsikany test? Ale może się nie znam, w końcu taki mi jeszcze nigdy nie wyszedł.
Kiedy staracie się o dziecko raczej trudno zaskoczyć partnera. No bo powiedzmy sobie szczerze, jeśli to była Wasza wspólna i świadoma decyzja, jeśli co miesiąc zadręczasz go datami swoich dni płodnych i nie daj Boże zna już Twój cykl na pamięć to najczęściej sam dopytuje, czy czasem okres nie powinien już przyjść?
Mój mąż nie zna mojego cyklu. Nie domyśliłby się, że okres się spóźnia, gdybym go tym nie zadręczała. Wyniku bety też nie poznał od razu. Jeszcze cały tydzień chodził koło mnie na paluszkach. Dopiero po wizycie u lekarza i upewnieniu się, że jest piękny pęcherzyk i to tam, gdzie być powinien dostał pięknie zapakowane body w rowerki. Nie myślałam, że tyle wytrzymam. Ale dzięki temu miał niespodziankę!
Kiedy staracie się o dziecko raczej trudno zaskoczyć partnera. No bo powiedzmy sobie szczerze, jeśli to była Wasza wspólna i świadoma decyzja, jeśli co miesiąc zadręczasz go datami swoich dni płodnych i nie daj Boże zna już Twój cykl na pamięć to najczęściej sam dopytuje, czy czasem okres nie powinien już przyjść?
Mój mąż nie zna mojego cyklu. Nie domyśliłby się, że okres się spóźnia, gdybym go tym nie zadręczała. Wyniku bety też nie poznał od razu. Jeszcze cały tydzień chodził koło mnie na paluszkach. Dopiero po wizycie u lekarza i upewnieniu się, że jest piękny pęcherzyk i to tam, gdzie być powinien dostał pięknie zapakowane body w rowerki. Nie myślałam, że tyle wytrzymam. Ale dzięki temu miał niespodziankę!
czwartek, 1 lutego 2018
Spóźniający się okres
W beztroskich czasach, kiedy nie myślisz o dzieciach, spóźnienia okresu możesz nawet nie wyłapać. Kiedy zaczynasz starania zwykle dzień planowego przyjścia rozpoczynasz od sikania na test ciążowy. Jeśli nie ma drugiej kreski płaczesz rano w toalecie, wychodzisz do pracy, ale cały dzień masz zmarnowany. Żałoba jednej kreski trochę trwa, ale już czekasz niecierpliwie, żeby w końcu przyszedł, bo wiadomo - nowy cykl, nowa szansa.
Mój sierpniowy cykl zaczął się całkiem nieźle. Wiedząc, że z poprzedniego cyklu nic nie będzie na tydzień przed nowym początkiem kupiłam loty i zarezerwowałam noclegi na wakacje. Uwielbiam planować, a tu nigdy nie mogę nic na pewno, cholerne starania. Tak, dobrze się domyślacie, spontan to nie jest moje drugie imię ani najlepszy kumpel. Trzy tygodnie były bardzo owocne, całkiem szczęśliwi wróciliśmy do rzeczywistości.
Ale rzeczywistość lubi przywalić. Pierwszy dzień w pracy - ciąża koleżanki. Następnego dnia spotkanie z koleżanką - ciąża. I kiedy się na ten temat pożaliłam innej koleżance dowiedziałam się o ostatecznym gwoździu do trumny mojego dobrego humoru - koleżanka, dzięki "drobnemu" oszukiwaniu swojego partnera co do zabezpieczeń też jest w ciąży. Trzy tygodnie relaksu jak psu w... wiadomo co. Wszyscy są w ciąży, a ja nie!
Wiecie, ja kiedyś uważałam się za osobę opanowaną. Ale to pragnienie dziecka mnie niszczy. Wiem, że ciąże dookoła to nie jest wina mojego męża, ale nie mam ochoty z nim rozmawiać. Boli mnie to. Ciche dni trwają prawie tydzień. Próba wyżalenia się mamie kończy się jeszcze gorzej - co ja najlepszego wyprawiam, czy zwariowałam? Tak mamo, mam obsesję. A tu jeszcze wpadają teściowie, tego mi do szczęścia brakowało. Nawet nie mogę być obrażona na cały świat, bo jak mam strzelać fochy przy nich?
I jeszcze ten okres cholerny, mógłby już przyjść. Kiedy spóźnia się 2 dni robię test o czułości 10 i po 5 minutach wpatruję się w bielutkie pole tam, gdzie powinna być druga kreska. Nie ma nawet cienia cienia. I nawet nie mogę go wyrzucić do kosza w łazience, bo nie chcę, żeby teściowie go zobaczyli. Powoli i systematycznie zamieniam wspólny tydzień w piekło, jestem nie do wytrzymania, ale ja tak strasznie cierpię... A tego drania ani widu, ani słychu. I jeszcze mąż powtarzający do znudzenia "zrób test". Sam sobie zrób, co Ty myślisz, że ja głupia jestem, oczywiście, że robiłam!
Spóźniał się tydzień, dziad jeden. Nie będę już wydawać kasy na testy, poszłam od razu do laboratorium. I co wyszło? Beta 2500. Statystyki? Ciąża nr 2. Ile razy w życiu widziałam własny pozytywny test ciążowy? 0. Najwidoczniej nie umiem sikać.
Mój sierpniowy cykl zaczął się całkiem nieźle. Wiedząc, że z poprzedniego cyklu nic nie będzie na tydzień przed nowym początkiem kupiłam loty i zarezerwowałam noclegi na wakacje. Uwielbiam planować, a tu nigdy nie mogę nic na pewno, cholerne starania. Tak, dobrze się domyślacie, spontan to nie jest moje drugie imię ani najlepszy kumpel. Trzy tygodnie były bardzo owocne, całkiem szczęśliwi wróciliśmy do rzeczywistości.
Ale rzeczywistość lubi przywalić. Pierwszy dzień w pracy - ciąża koleżanki. Następnego dnia spotkanie z koleżanką - ciąża. I kiedy się na ten temat pożaliłam innej koleżance dowiedziałam się o ostatecznym gwoździu do trumny mojego dobrego humoru - koleżanka, dzięki "drobnemu" oszukiwaniu swojego partnera co do zabezpieczeń też jest w ciąży. Trzy tygodnie relaksu jak psu w... wiadomo co. Wszyscy są w ciąży, a ja nie!
Wiecie, ja kiedyś uważałam się za osobę opanowaną. Ale to pragnienie dziecka mnie niszczy. Wiem, że ciąże dookoła to nie jest wina mojego męża, ale nie mam ochoty z nim rozmawiać. Boli mnie to. Ciche dni trwają prawie tydzień. Próba wyżalenia się mamie kończy się jeszcze gorzej - co ja najlepszego wyprawiam, czy zwariowałam? Tak mamo, mam obsesję. A tu jeszcze wpadają teściowie, tego mi do szczęścia brakowało. Nawet nie mogę być obrażona na cały świat, bo jak mam strzelać fochy przy nich?
I jeszcze ten okres cholerny, mógłby już przyjść. Kiedy spóźnia się 2 dni robię test o czułości 10 i po 5 minutach wpatruję się w bielutkie pole tam, gdzie powinna być druga kreska. Nie ma nawet cienia cienia. I nawet nie mogę go wyrzucić do kosza w łazience, bo nie chcę, żeby teściowie go zobaczyli. Powoli i systematycznie zamieniam wspólny tydzień w piekło, jestem nie do wytrzymania, ale ja tak strasznie cierpię... A tego drania ani widu, ani słychu. I jeszcze mąż powtarzający do znudzenia "zrób test". Sam sobie zrób, co Ty myślisz, że ja głupia jestem, oczywiście, że robiłam!
Spóźniał się tydzień, dziad jeden. Nie będę już wydawać kasy na testy, poszłam od razu do laboratorium. I co wyszło? Beta 2500. Statystyki? Ciąża nr 2. Ile razy w życiu widziałam własny pozytywny test ciążowy? 0. Najwidoczniej nie umiem sikać.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)