Resztki po zabiegu łyżeczkowania, to brzmi okropnie. Chodzisz sobie z takim czymś w brzuchu, obrzydlistwo. I czujesz się trochę jak z bombą, która może wybuchnąć. Lekarz ostrzega, że jeśli dostanę krwotoku to mam jechać do szpitala. Więc torba na wszelki wypadek stoi cały czas spakowana. Badam sobie CRP, żeby sprawdzić, czy nie robi się stan zapalny. I modlę się o to, żeby nie było kolejnego zabiegu.
W końcu po 6 tygodniach przychodzi wyczekiwany okres. Nareszcie! Na żaden inny okres tak nie czekałam... Kiedy się kończy, biegnę do lekarza, żeby sprawdzić, czy wszystko jest OK. Nie do swojego, on ma mnie już chyba za histeryczkę, zresztą - USG umie zrobić każdy ginekolog, więc nie chce mi się jechać na drugi koniec miasta.
Czekam na dobre wieści, a tu... znowu dupa. Dalej tam coś jest. Lekarz daje skierowanie do szpitala, straszy, że nie można czekać, bo może się z tego rozwinąć zaśniad, "czy pani wie, co to jest zaśniad?". Oj tak, panie doktorze, dr Google dokładnie mi to wyjaśnił. W domu się rozklejam. Czy to kara za terminację? Boję się kolejnego zabiegu. Niby wiem, że to nic strasznego, ale wiem też, że każdy kolejny zmniejsza moje szanse na kolejną ciążę.
W szpitalu studzą moje rozgorączkowanie. To była wysoka ciąża, beta spada, została jakaś drobina. Nie są specjalnie chętni do zabiegu. Wysyłają na konsultację do guru USG, który po wnikliwym badaniu stwierdza, że to nie resztki po zabiegu. Taka uroda mojej macicy, tak się układa do zdjęcia, że widać naczynia. Nie ma to wpływu na kolejne ciąże.
W końcu, po 8 tygodniach, słyszę jakieś dobre wieści.
Czekając na tęczę
sobota, 17 lutego 2018
piątek, 16 lutego 2018
Kontrola
Idąc na pierwszą kontrolę, po 3 tygodniach od porodu, byłam pełna nadziei. Oczekiwałam, że lekarz mnie zbada, stwierdzi, że wszystko jest idealnie i żeby działać, najlepiej od razu!
A tu znów pod górkę. Obraz USG pokazał, że dupa, nic nie jest idealnie, zostały jakieś resztki po zabiegu. Nie dużo, ale coś tam jest. Oby zniknęło po pierwszym okresie, bo jak nie, to... kolejny zabieg. Trzeci w ciągu niecałego roku. Kolejny kopniak od losu. A może kara? O kolejnych staraniach możemy porozmawiać dopiero, jak to zniknie. Bezwzględnie. Nie jestem głupia, wiem, że to zagrożenie nie tylko dla mojego zdrowia, ale też dla kolejnych ciąż, więc nawet nie próbuję negocjować.
Ale lekarz mówi też wprost, że potem decyzja należy do mnie. On by zalecał odczekać 3 miesiące, a potem zdać się na naturę i zobaczyć, jak szybko organizm będzie chciał zaciążyć. A mnie opadają kolejne piórka. Jestem z gatunku tych, którzy nienawidzą zdawać się na los, naturę, przypadek czy cokolwiek innego. Ja już zaplanowałam, że niczego nie zostawię naturze, że monitoring owulacji, że może stymulacja? Ja chcę zajść w ciążę od razu, jak tylko dostanę zielone światło! A on mi tu o naturze...?
Bezsilność. Dopada mnie paskudna bezsilność.
A tu znów pod górkę. Obraz USG pokazał, że dupa, nic nie jest idealnie, zostały jakieś resztki po zabiegu. Nie dużo, ale coś tam jest. Oby zniknęło po pierwszym okresie, bo jak nie, to... kolejny zabieg. Trzeci w ciągu niecałego roku. Kolejny kopniak od losu. A może kara? O kolejnych staraniach możemy porozmawiać dopiero, jak to zniknie. Bezwzględnie. Nie jestem głupia, wiem, że to zagrożenie nie tylko dla mojego zdrowia, ale też dla kolejnych ciąż, więc nawet nie próbuję negocjować.
Ale lekarz mówi też wprost, że potem decyzja należy do mnie. On by zalecał odczekać 3 miesiące, a potem zdać się na naturę i zobaczyć, jak szybko organizm będzie chciał zaciążyć. A mnie opadają kolejne piórka. Jestem z gatunku tych, którzy nienawidzą zdawać się na los, naturę, przypadek czy cokolwiek innego. Ja już zaplanowałam, że niczego nie zostawię naturze, że monitoring owulacji, że może stymulacja? Ja chcę zajść w ciążę od razu, jak tylko dostanę zielone światło! A on mi tu o naturze...?
Bezsilność. Dopada mnie paskudna bezsilność.
czwartek, 15 lutego 2018
Śpij spokojnie. Mama i Tata.
Myślałam, że decyzja o terminacji ciąży to najgorsze, co musiałam zrobić w życiu. Myliłam się. Nie ma nic bardziej parszywego na świecie niż organizowanie pogrzebu własnego dziecka. Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, to zaburza porządek świata...
Jeszcze w szpitalu musieliśmy podjąć decyzję, czy będziemy chcieli pogrzebu, czy zostawiamy to szpitalowi. Świadomość, że już zawsze będziemy mieli grób do odwiedzania była okropna, ale z drugiej strony jak mogę nie wiedzieć, gdzie jest moje Maleństwo?
Dziecko zawsze można pochować. W szpitalu dostajemy kartę martwego urodzenia, na której wypisana jest data, płeć, miejsce narodzin. Z tym dokumentem trzeba udać się do Urzędu Stanu Cywilnego po akt urodzenia dziecka, które urodziło się martwe. Dziecku trzeba nadać imię. A potem można udać się do zakładu pogrzebowego, który pokieruje nas dalej. Jeśli jesteśmy ubezpieczeni w ZUSie przysługuje nam 4000 zł zasiłku pogrzebowego, niezależnie czy wydamy więcej czy mniej. Żeby go uzyskać, trzeba złożyć odpowiedni wniosek w ZUSie, chyba, że zakład pogrzebowy rozliczy się za nas (w moim mieście w przypadku pogrzebu dziecka tak nie robią).
Wizyta w zakładzie pogrzebowym to trauma. Od razu zostaję poinformowana, że w tym momencie nowe groby powstają już tylko na 1 cmentarzu, na drugim końcu miasta. Tylko mgliście wiem, gdzie to jest, nic mnie z tym miejscem nie łączy, nie chcę tam mieć żadnego grobu. Na szczęście można dochować urnę do istniejącego grobu rodzinnego.
Wydawałoby się, że w takich miejscach pracują ludzie z odrobiną empatii. A jednak nie. Kiedy pani w zakładzie pogrzebowym pyta, ile centymetrów
miało dziecko, zamieram. A po chwili dodaje – to nie ma sensu trumny, tu wystarczy urna,
to przecież jest płód. Sama jesteś płodem! To jest do cholery moje Dziecko, nie
żaden płód. Moje zadbane, wyczekane, wychuchane od samego zarodka Dziecko.
Poszłam do innego zakładu. Tam, gdzie o moim Dziecku mówią dzieciątko, a nie
płód.
Nie wiesz , jaki to ból, kiedy w zakładzie pogrzebowym
musisz powiedzieć, że chodzi o pogrzeb dziecka. Kiedy każą Ci wybierać trumnę
czy napis. Kwiaty. Napis na szarfie. Pierwszy raz rozkleiłam się, kiedy okazało
się, że musimy pojechać do prosektorium – któreś z rodziców musi tam być przy
odbiorze ciała. I ta delikatna sugestia, żebyśmy przynieśli ze sobą pieluszkę
do owinięcia… Drugi raz, kiedy zadzwoniłam do księdza. – Imię, nazwisko, ooo…
Pamiętam Cię. Bardzo mi przykro. – Ksiądz, który udzielał mi Komunii, a jednak
zapamiętał. Przynajmniej moje Dziecko nie będzie anonimowe. I będzie leżeć z
pradziadkami, zawsze to raźniej.
A potem jest już tylko gorzej. Jesteśmy tylko w gronie najbliższych, my, rodzice i ciotka. Nikomu innego nie dawaliśmy znać. Ja płaczę właściwie cały czas, Mąż rozkleja się, kiedy dostaje do ręki wieniec. Modlitwa jest krótka, "ceremonia" w zasadzie też. I tyle nam zostało z tych pięknych 4 miesięcy razem. Dziura w sercu, dziura w ziemi.
Śpij spokojnie. Mama i Tata.
środa, 14 lutego 2018
Operacja się udała, pacjent nie przeżył
Nieudana ciąża nie kończy się w momencie porodu czy poronienia. Trzeba jeszcze stawić czoła wynikom badań histopatologicznych, innych badań i własnym myślom. U mnie na pierwszy rzut poszły wyniki amniopunkcji, odebrane po miesiącu od porodu. "Kariotyp prawidłowy żeński" to było jak dostać obuchem w łeb. Niby tego się spodziewaliśmy, niby lekarze mówili, że mało prawdopodobne, żeby to była genetyka, ale mimo wszystko. To chwila, w której znowu boleśnie uświadomiłam sobie, że na nic nie mam wpływu. I przyszły ogromne wyrzuty sumienia.
Mogłam się nie zgodzić na amniopunkcję. Mogłam wykazać się większą odwagą i wziąć moje dziecko z genetyczną niewiadomą. Po co to było sprawdzać? Gdyby nie to badanie, wody by nie odeszły, Mała miałaby jakieś szanse. Kiedy lekarz stwierdził; "No cóż, natura sama zadecydowała", w myślach rzucam się na niego z pretensją - jaka natura? Ja zdecydowałam się na badanie, które uszkodziło worek owodniowy, za waszą (lekarzy) zresztą namową. Będę musiała się z tym mierzyć do końca życia.
I kiedy wszyscy dookoła powtarzają, że to dobra wiadomość, że to oznacza, że prawdopodobnie nie jesteśmy nosicielami żadnych chorób, że kolejne ciąże nie są obciążone ryzykiem, ja w środku umieram. Tak, racja, to niby dobra wiadomość. Ale czy to wróci zdrowie i życie mojej Córeczce? Ja już wiem, że to nie genetyka jest naszym wrogiem, a pech.
Jak się walczy z pechem?
wtorek, 13 lutego 2018
Jak przeżyć Święta po stracie?
Nie wiem. Jak najszybciej. Po prostu przeżyć.
Koleżanka powiedziała mi, że żałoba trwa rok właśnie po to, żebyśmy mogli przeżyć te wszystkie ważne okazje po raz pierwszy bez tej osoby. Może jest w tym sens, ale w pierwszej chwili to wydaje się zbyt okrutne.
Gdybym miała wybierać mój ulubiony miesiąc to zdecydowanie byłby to grudzień. Mikołaj, Święta, urodziny Męża. W 2016 już w listopadzie zaczęłam pracę nad świątecznymi dekoracjami. W 2017 też zamówiłam produkty do ich zrobienia.
Ale mój świat stanął 07.12.. Kiedy następnego dnia wyszłam ze szpitala i okazało się, że do Świąt zostały 2 tygodnie, życie stało się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Wszystkie dekoracje zostały w pudłach, nie pozwoliłam nawet kupić choinki. W domu nie było śladu świątecznej atmosfery. Prezenty kupiłam w Internecie, żeby nie wychodzić na miasto, nie widzieć światełek, nie słyszeć kolęd. Ani razu nie poszłam na mój ukochany Jarmark Bożonarodzeniowy.
Ale wiecie co jest najgorsze? To, że mój świat się zatrzymał nie wstrzymało reszty świata. Rodzice i Teściowie nie chcieli odpuścić i zostawić mnie w spokoju. Święta muszą się odbyć. Była choinka, prezenty, życzenia. I puste nakrycie przy stole.
To miały być najpiękniejsze Święta w naszym życiu. A były koszmarem. Na szczęście minęły. Oby już żadne nie były tak do dupy.
Koleżanka powiedziała mi, że żałoba trwa rok właśnie po to, żebyśmy mogli przeżyć te wszystkie ważne okazje po raz pierwszy bez tej osoby. Może jest w tym sens, ale w pierwszej chwili to wydaje się zbyt okrutne.
Gdybym miała wybierać mój ulubiony miesiąc to zdecydowanie byłby to grudzień. Mikołaj, Święta, urodziny Męża. W 2016 już w listopadzie zaczęłam pracę nad świątecznymi dekoracjami. W 2017 też zamówiłam produkty do ich zrobienia.
Ale mój świat stanął 07.12.. Kiedy następnego dnia wyszłam ze szpitala i okazało się, że do Świąt zostały 2 tygodnie, życie stało się jeszcze bardziej nie do zniesienia. Wszystkie dekoracje zostały w pudłach, nie pozwoliłam nawet kupić choinki. W domu nie było śladu świątecznej atmosfery. Prezenty kupiłam w Internecie, żeby nie wychodzić na miasto, nie widzieć światełek, nie słyszeć kolęd. Ani razu nie poszłam na mój ukochany Jarmark Bożonarodzeniowy.
Ale wiecie co jest najgorsze? To, że mój świat się zatrzymał nie wstrzymało reszty świata. Rodzice i Teściowie nie chcieli odpuścić i zostawić mnie w spokoju. Święta muszą się odbyć. Była choinka, prezenty, życzenia. I puste nakrycie przy stole.
To miały być najpiękniejsze Święta w naszym życiu. A były koszmarem. Na szczęście minęły. Oby już żadne nie były tak do dupy.
niedziela, 11 lutego 2018
Urlop macierzyński po poronieniu
Każda kobieta, niezależnie od zaawansowania ciąży, ma prawo do urlopu macierzyńskiego w wymiarze 8 tygodni (56 dni kalendarzowych) liczonych od dnia porodu/poronienia. W tym celu musi jednak w szpitalu dostać kartę martwego urodzenia i następnego dnia zarejestrować dziecko w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz poinformować pracodawcę. Szkopuł polega na tym, że w karcie musi być wpisana płeć dziecka, a przy wczesnym poronieniu jest jeszcze nieznana. Jeżeli płeć dziecka nie jest możliwa do ustalenia przy porodzie/poronieniu, można na własną rękę wykonać badania genetyczne (płatne) i dopiero wtedy zarejestrować dziecko. Jednak pracodawca musi zostać poinformowany, że akt urodzenia dostanie w późniejszym terminie. Uwaga, urlop musi być wykorzystany zaraz po porodzie/poronieniu, nie można najpierw iść na L4, a dopiero potem na urlop.
Urlop macierzyński to bardzo nietrafiona nazwa w przypadku tych 8 tygodni po śmierci dziecka. Jedynymi jego zaletami są czas na przeżywanie żałoby i 100% wypłaty. Bo wiecie, fizycznie dochodzimy do siebie bardzo szybko. Krwawienie kończy się po około 2 tygodniach. Ale psychicznie?
Nie wiem, czy 8 tygodni to wystarczający czas. Każdy na pewno inaczej to przeżywa i dłużej lub krócej będzie dochodził do siebie. Co potem? Można wykorzystać zaległy urlop, jeśli taki mamy i oczywiście pracodawca się zgodzi. Albo udać się do psychiatry po L4. Na takim zwolnieniu można spędzić kolejne 182 dni.
Tylko czy z czasem jest łatwiej wrócić?
Urlop macierzyński to bardzo nietrafiona nazwa w przypadku tych 8 tygodni po śmierci dziecka. Jedynymi jego zaletami są czas na przeżywanie żałoby i 100% wypłaty. Bo wiecie, fizycznie dochodzimy do siebie bardzo szybko. Krwawienie kończy się po około 2 tygodniach. Ale psychicznie?
Nie wiem, czy 8 tygodni to wystarczający czas. Każdy na pewno inaczej to przeżywa i dłużej lub krócej będzie dochodził do siebie. Co potem? Można wykorzystać zaległy urlop, jeśli taki mamy i oczywiście pracodawca się zgodzi. Albo udać się do psychiatry po L4. Na takim zwolnieniu można spędzić kolejne 182 dni.
Tylko czy z czasem jest łatwiej wrócić?
Terminacja z przyczyn medycznych (TFMR)
W myśl obowiązującej ustawy terminacji ciąży można dokonać w 3 przypadkach: jeżeli ciąża jest wynikiem czynu zabronionego (do 12 tygodnia ciąży), w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia matki oraz w przypadku ciężkich i nieuleczalnych wad dziecka (do momentu osiągnięcia przez nie zdolności do samodzielnego życia poza organizmem kobiety, czyli w praktyce jakiś 22-24 tydzień).
Jeżeli przesłanką są wady genetyczne przed podjęciem decyzji należy wykonać badania genetyczne (amniopunkcję lub biopsję kosmówki). Jeżeli mowa o wadach rozwojowych - tu potwierdzeniem są zwykle badania USG. Decyzja o kontynuowaniu lub przerwaniu ciąży należy tylko do rodziców, lekarze w takiej sytuacji nie mogą jej podjąć ani namawiać do żadnego z rozwiązań.
Brzmi w sumie prosto. W praktyce to najtrudniejsza i najbardziej bolesna decyzja, jaką życie przed Tobą stawia. Czy jest nadzieja, że dziecko urodzi się w terminie? Czy ma szanse na normalne życie? Czy jesteśmy mu w stanie zapewnić właściwą opiekę? I czy jesteśmy w stanie pogodzić się ze śmiercią własnego dziecka?
Od momentu, kiedy pierwszy raz przedstawiono mi tę opcję, w myślach błagałam, żeby los mi tego oszczędził. Żeby serce przestało bić i żebym nie musiała podejmować tej decyzji. Niestety. Los nie okazał się łaskawy. Dostałam do ręki papier i długopis, lekarz podyktował mi treść "podania" do konsultanta wojewódzkiego. W życiu nie czułam się gorzej. Jak można prosić o coś takiego? Do ostatniego momentu pytałam lekarza, czy są jakieś szanse, że będzie dobrze. Nie odpowiedział.
Jak wygląda terminacja? To sztucznie wywołany poród - podawane są leki wywołujące skurcze, następuje poród siłami natury, a następnie wykonywany jest zabieg łyżeczkowania w celu dokładnego oczyszczenia macicy. Może to trwać od kilku godzin do kilku dni. Brzmi masakrycznie, ale tak jest lepiej dla kolejnych ciąż - mechaniczne rozwieranie szyjki może ją uszkodzić. Ból to kwestia indywidualna, ale można poprosić o środki przeciwbólowe. Następnego dnia po zabiegu najczęściej wychodzi się do domu.
Położne zwykle pytają, czy chcesz zobaczyć dziecko albo nawet przytulić. Jeśli ktoś czuje się na siłach nic nie stoi na przeszkodzie. Przed wyjściem ze szpitala pytają jeszcze, czy chcesz skorzystać z urlopu macierzyńskiego (potrzebna jest rejestracja w USC) i pochować dziecko.
Co ze sobą zabrać do szpitala? Koszulę nocną (taką do wyrzucenia, bo pewnie nie będziesz chciała jej już nigdy zobaczyć), szlafrok, coś do czytania, telefon z ładowarką, wodę mineralną, coś do zjedzenia (do zabiegu trzeba być co najmniej 6h na czczo, po znieczuleniu nie można jeść przez kolejne 2h, więc warto mieć ze sobą coś na potem). Bliska osoba też jest niezbędna - ciężko przez to przejść samemu.
Co dalej? Okres powinien przyjść po 4-6 tygodniach. Do tego czasu absolutny zakaz współżycia, ze względu na ryzyko infekcji. W przypadku jakichkolwiek niepokojących objawów (obfite krwawienie, skrzepy, nieprzyjemny zapach, ból) należy natychmiast skontaktować się z lekarzem. Jak zwykle po zabiegu, trzeba odebrać wyniki badania histopatologicznego. Zazwyczaj profilaktycznie przepisywany jest też antybiotyk. Czyli w zasadzie jak po poronieniu.
Czym się różni terminacja od poronienia? Decyzją. W przypadku poronienia dziecko już nie żyje, więc rodzicom oszczędzone jest podejmowanie decyzji. Technicznie rzecz biorąc, wygląda tak samo. Nigdy nie sądziłam, że będę komuś zazdrościć poronienia.
Jeżeli przesłanką są wady genetyczne przed podjęciem decyzji należy wykonać badania genetyczne (amniopunkcję lub biopsję kosmówki). Jeżeli mowa o wadach rozwojowych - tu potwierdzeniem są zwykle badania USG. Decyzja o kontynuowaniu lub przerwaniu ciąży należy tylko do rodziców, lekarze w takiej sytuacji nie mogą jej podjąć ani namawiać do żadnego z rozwiązań.
Brzmi w sumie prosto. W praktyce to najtrudniejsza i najbardziej bolesna decyzja, jaką życie przed Tobą stawia. Czy jest nadzieja, że dziecko urodzi się w terminie? Czy ma szanse na normalne życie? Czy jesteśmy mu w stanie zapewnić właściwą opiekę? I czy jesteśmy w stanie pogodzić się ze śmiercią własnego dziecka?
Od momentu, kiedy pierwszy raz przedstawiono mi tę opcję, w myślach błagałam, żeby los mi tego oszczędził. Żeby serce przestało bić i żebym nie musiała podejmować tej decyzji. Niestety. Los nie okazał się łaskawy. Dostałam do ręki papier i długopis, lekarz podyktował mi treść "podania" do konsultanta wojewódzkiego. W życiu nie czułam się gorzej. Jak można prosić o coś takiego? Do ostatniego momentu pytałam lekarza, czy są jakieś szanse, że będzie dobrze. Nie odpowiedział.
Jak wygląda terminacja? To sztucznie wywołany poród - podawane są leki wywołujące skurcze, następuje poród siłami natury, a następnie wykonywany jest zabieg łyżeczkowania w celu dokładnego oczyszczenia macicy. Może to trwać od kilku godzin do kilku dni. Brzmi masakrycznie, ale tak jest lepiej dla kolejnych ciąż - mechaniczne rozwieranie szyjki może ją uszkodzić. Ból to kwestia indywidualna, ale można poprosić o środki przeciwbólowe. Następnego dnia po zabiegu najczęściej wychodzi się do domu.
Położne zwykle pytają, czy chcesz zobaczyć dziecko albo nawet przytulić. Jeśli ktoś czuje się na siłach nic nie stoi na przeszkodzie. Przed wyjściem ze szpitala pytają jeszcze, czy chcesz skorzystać z urlopu macierzyńskiego (potrzebna jest rejestracja w USC) i pochować dziecko.
Co ze sobą zabrać do szpitala? Koszulę nocną (taką do wyrzucenia, bo pewnie nie będziesz chciała jej już nigdy zobaczyć), szlafrok, coś do czytania, telefon z ładowarką, wodę mineralną, coś do zjedzenia (do zabiegu trzeba być co najmniej 6h na czczo, po znieczuleniu nie można jeść przez kolejne 2h, więc warto mieć ze sobą coś na potem). Bliska osoba też jest niezbędna - ciężko przez to przejść samemu.
Co dalej? Okres powinien przyjść po 4-6 tygodniach. Do tego czasu absolutny zakaz współżycia, ze względu na ryzyko infekcji. W przypadku jakichkolwiek niepokojących objawów (obfite krwawienie, skrzepy, nieprzyjemny zapach, ból) należy natychmiast skontaktować się z lekarzem. Jak zwykle po zabiegu, trzeba odebrać wyniki badania histopatologicznego. Zazwyczaj profilaktycznie przepisywany jest też antybiotyk. Czyli w zasadzie jak po poronieniu.
Czym się różni terminacja od poronienia? Decyzją. W przypadku poronienia dziecko już nie żyje, więc rodzicom oszczędzone jest podejmowanie decyzji. Technicznie rzecz biorąc, wygląda tak samo. Nigdy nie sądziłam, że będę komuś zazdrościć poronienia.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)