Nie lubię słowa "poronienie". Głównie dlatego, że zwykle używa się go w kontekście "X poroniła ciążę". Może jestem przewrażliwiona, ale w moich uszach to brzmi, jakby to obarczało winą kobietę - w kontekście nie donosiła ciąży. I szczerze? Ja tak się właśnie czuję. Bo gdyby nie udawało nam się zajść w ciążę to można by szukać winy u partnera. Ale skoro plemniki działają, ewidentnie potrafią odnaleźć drogę, a mimo wszystko dziecka nie mamy to...? Coś musi być ze mną nie tak.
Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem doskonale, że wina nie musi leżeć po mojej stronie. Wie to również mój mąż i nigdy nawet nie wspomniał, że tak może być. Ale wiedza to jedno. A poczucie winy to drugie. Przez pierwsze 2 lata naszego związku byłam prawie pewna, że dzieci w sposób naturalny mieć nie będziemy ze względu na przeszłość chorobową. Pogodziłam się z tym, w końcu in vitro to nie koniec świata, a na szczęście trafiliśmy na dobrych lekarzy, którzy w odpowiednim czasie zabezpieczyli nam tę możliwość. Ale trochę mnie jednak bolało, kiedy okazało się, że znajomi spodziewają się dziecka. Bo u nas miało być inaczej, miało nie być szans na niespodziankę. I trochę kłuło, że nie zaskoczę męża dwoma kreskami - bo przy in vitro raczej trudno o zaskoczenie. A jednak po 2 latach okazało się, że wyniki są w porządku, od choroby minął odpowiedni okres czasu i nie ma żadnych przeciwwskazań do starań naturalnych. I biorąc pod uwagę całe to obciążenie to fakt, że udało się w zasadzie od razu to mały cud!
Ale ten cud straciliśmy. Piszę w liczbie mnogiej, ale tak naprawdę myślę w pojedynczej. Tak jakbym ja straciła bardziej. Bo mi zależy bardziej. Czy to prawda? Pewnie nie, po prostu mój mąż nie czuje aż takiej presji jak ja. Ale za ten brak presji obrywa mu się na każdym kroku. Kiedy przychodzi okres, którego miało nie być dbam o to, żeby to odczuł. Kiedy nie ma ochoty czy siły na zbliżenie to już w ogóle - żyć mu nie daję. A w duchu jestem jeszcze bardziej wściekła - bo czy ja mam ochotę na seks po długim dniu pracy i drugim etacie w domu? Niespecjalnie, ale cóż, dni płodne nie zawsze trafiają w weekend.
Mój mąż ma świętą cierpliwość. I szczęście, że mimo wszystko do tej pory w miarę sprawnie nam to idzie. Bo jak to jest się starać latami? Jak się nauczyć cierpliwości? I jak nie wykończyć małżeństwa pragnieniem dziecka?
Obym się tego nigdy nie musiała dowiadywać.
środa, 31 stycznia 2018
wtorek, 30 stycznia 2018
Starania po poronieniu
Zielone światło - jest! Decyzja - jest! Presja - do boju!
Jak wyglądają starania po stracie? Mniej więcej tak, jak wyobrażam sobie starania przy niepłodności. Z naszej pary robi się zgrabny trójkącik - dołącza do nas presja. Bo przecież podobno po poronieniu organizm jest bardziej płodny. Więc jakim cudem okres jednak przyszedł? A ten drugi? Trzeciego się spodziewam, bo w tym cyklu to musiałoby być niepokalane poczęcie.
Zaczynam wpadać w lekką paranoję. Przecież seks był idealnie w te dni, znam swój organizm. 3 miesiące minęły, czas zaufać lekarzowi. Tylko tym razem lekarz nie ma mi do powiedzenia nic odkrywczego. Wszystko jest OK, tylko może po prostu nie jestem gotowa. Potrzeba czasu. To nie jest to, co chciałabym usłyszeć. Nie jestem cierpliwa. Nienawidzę słów "wszystko w swoim czasie". Swój czas to jest tu i teraz. Przecież miałam rodzić w lutym - dobry miesiąc, dwie pary spośród nielicznych znajomych, którzy mają już dzieci wtedy urodziły. Marzec to już ostateczność, w marcu dowiedziałam się o ciąży i o stracie. Kwiecień byłby idealny, akurat na moją trzydziestkę. No ale przecież ile można czekać? Jak mam czekać? Co mam robić?
Możecie się śmiać, ale w 2017 hitem było "Despacito". I ja naprawdę polubiłam tę piosenkę, towarzyszyła mi przez całe lato starań. Mówię po hiszpańsku, więc mój hymn lata rozumiem co do joty. Krok po kroczku, powoli. Jakim cudem moim hitem stała się piosenka o tym, czego nienawidzę? Ironia losu.
Jak wyglądają starania po stracie? Mniej więcej tak, jak wyobrażam sobie starania przy niepłodności. Z naszej pary robi się zgrabny trójkącik - dołącza do nas presja. Bo przecież podobno po poronieniu organizm jest bardziej płodny. Więc jakim cudem okres jednak przyszedł? A ten drugi? Trzeciego się spodziewam, bo w tym cyklu to musiałoby być niepokalane poczęcie.
Zaczynam wpadać w lekką paranoję. Przecież seks był idealnie w te dni, znam swój organizm. 3 miesiące minęły, czas zaufać lekarzowi. Tylko tym razem lekarz nie ma mi do powiedzenia nic odkrywczego. Wszystko jest OK, tylko może po prostu nie jestem gotowa. Potrzeba czasu. To nie jest to, co chciałabym usłyszeć. Nie jestem cierpliwa. Nienawidzę słów "wszystko w swoim czasie". Swój czas to jest tu i teraz. Przecież miałam rodzić w lutym - dobry miesiąc, dwie pary spośród nielicznych znajomych, którzy mają już dzieci wtedy urodziły. Marzec to już ostateczność, w marcu dowiedziałam się o ciąży i o stracie. Kwiecień byłby idealny, akurat na moją trzydziestkę. No ale przecież ile można czekać? Jak mam czekać? Co mam robić?
Możecie się śmiać, ale w 2017 hitem było "Despacito". I ja naprawdę polubiłam tę piosenkę, towarzyszyła mi przez całe lato starań. Mówię po hiszpańsku, więc mój hymn lata rozumiem co do joty. Krok po kroczku, powoli. Jakim cudem moim hitem stała się piosenka o tym, czego nienawidzę? Ironia losu.
poniedziałek, 29 stycznia 2018
Zielone światło
Zielone światło to rzecz, na którą najbardziej się czeka po poronieniu. To zgoda od lekarza, żeby wrócić do gry, znowu zacząć starania. Po wczesnym poronieniu najczęściej można zacząć już po pierwszej miesiączce - to sygnał, że organizm wraca do normy.
Czasami jednak lekarz sugeruje, żeby odczekać 3 miesiące. Czy słusznie? W Internecie krąży tyle opinii, że najlepiej jest zacząć od razu, bo organizm jest jeszcze w ciążowym szoku i wręcz domaga się ponownego zapłodnienia. Ponoć płodność zaraz po poronieniu jest większa. Czy ja wiem? Moje ciało chyba dość szybko wróciło do normy, owulacja była od razu w pierwszym cyklu, hormony w normie. Ale ciąży nie było.
Organizm to jedno. A psychika to drugie. Ten pierwszy często szybko wraca do normy, koleżanka zostaje w tyle. Czy po miesiącu od straty jest się gotowym na kolejną ciążę? Nie wiem. To co teraz napiszę pewnie tylko potwierdzi, że nie. Bo większość kobiet marzy, żeby zaraz po poronieniu być w kolejnej ciąży. To ma być lek na stratę tej poprzedniej. Wypełnienie pustki, która nagle się pojawia. Bo dopóki tej kolejnej ciąży nie ma to psychicznie ciągle jesteśmy w tej pierwszej. To miał być 10 tydzień - mieliśmy na Święta powiedzieć Rodzicom, na tym weselu miałam być już w 20 tygodniu, mieliśmy nie lecieć na te wakacje, bo to byłby już 28 tydzień. I co najgorsze - a co jeśli nadejdzie data porodu, a ja dalej nie będę w ciąży?
Czy to świadczy o gotowości na kolejną ciążę? Pewnie nie, ale czy ja kiedykolwiek będę w 100 % gotowa?
Czasami jednak lekarz sugeruje, żeby odczekać 3 miesiące. Czy słusznie? W Internecie krąży tyle opinii, że najlepiej jest zacząć od razu, bo organizm jest jeszcze w ciążowym szoku i wręcz domaga się ponownego zapłodnienia. Ponoć płodność zaraz po poronieniu jest większa. Czy ja wiem? Moje ciało chyba dość szybko wróciło do normy, owulacja była od razu w pierwszym cyklu, hormony w normie. Ale ciąży nie było.
Organizm to jedno. A psychika to drugie. Ten pierwszy często szybko wraca do normy, koleżanka zostaje w tyle. Czy po miesiącu od straty jest się gotowym na kolejną ciążę? Nie wiem. To co teraz napiszę pewnie tylko potwierdzi, że nie. Bo większość kobiet marzy, żeby zaraz po poronieniu być w kolejnej ciąży. To ma być lek na stratę tej poprzedniej. Wypełnienie pustki, która nagle się pojawia. Bo dopóki tej kolejnej ciąży nie ma to psychicznie ciągle jesteśmy w tej pierwszej. To miał być 10 tydzień - mieliśmy na Święta powiedzieć Rodzicom, na tym weselu miałam być już w 20 tygodniu, mieliśmy nie lecieć na te wakacje, bo to byłby już 28 tydzień. I co najgorsze - a co jeśli nadejdzie data porodu, a ja dalej nie będę w ciąży?
Czy to świadczy o gotowości na kolejną ciążę? Pewnie nie, ale czy ja kiedykolwiek będę w 100 % gotowa?
niedziela, 28 stycznia 2018
Badanie histopatologiczne po poronieniu
Badanie histopatologiczne po poronieniu rzadko poda nam przyczynę poronienia. Z punktu widzenia zapobiegania ponownym stratom rzadko ma znaczenie, ale jeśli chodzi o nasze zdrowie jest bardzo potrzebne i nie należy go lekceważyć. Dlaczego?
Ze względu na zaśniad. Nie jestem lekarzem, więc nie będę się popisywać. Jeśli chcecie poczytać co to takiego spójrzcie chociażby tu. Dlatego wyniki badania trzeba odebrać jak najszybciej. Jeśli w wynikach jest stwierdzenie lub podejrzenie zaśniadu trzeba jak najszybciej skontaktować się z lekarzem. Jeśli wszystko zostało usunięte podczas łyżeczkowania lekarz najczęściej zaleci kontrolę poziomu BHCG, żeby zobaczyć, czy prawidłowo spada i oczywiście - wstrzymanie się z planami powiększania rodziny na jakiś czas. Czasem może też zlecić kontrolę u onkologa.
Leczenie zaśniadu ma bardzo dobre rokowania i absolutnie nie przekreśla szans na zdrową ciążę. Ale nie zastosowanie się do zaleceń lekarskich może być groźne dla naszego zdrowia, więc przy całej niecierpliwości - nie ryzykujcie.
Ze względu na zaśniad. Nie jestem lekarzem, więc nie będę się popisywać. Jeśli chcecie poczytać co to takiego spójrzcie chociażby tu. Dlatego wyniki badania trzeba odebrać jak najszybciej. Jeśli w wynikach jest stwierdzenie lub podejrzenie zaśniadu trzeba jak najszybciej skontaktować się z lekarzem. Jeśli wszystko zostało usunięte podczas łyżeczkowania lekarz najczęściej zaleci kontrolę poziomu BHCG, żeby zobaczyć, czy prawidłowo spada i oczywiście - wstrzymanie się z planami powiększania rodziny na jakiś czas. Czasem może też zlecić kontrolę u onkologa.
Leczenie zaśniadu ma bardzo dobre rokowania i absolutnie nie przekreśla szans na zdrową ciążę. Ale nie zastosowanie się do zaleceń lekarskich może być groźne dla naszego zdrowia, więc przy całej niecierpliwości - nie ryzykujcie.
sobota, 27 stycznia 2018
Poroniłam. Co dalej?
Poronienia się zdarzają, tak samo jak ciąże biochemiczne. To jednak nie powód, żeby znowu zdać się na los. Zaczynam od poszukiwań lekarza, który mi pomoże - koleżanka po przejściach podaje mi namiar, tradycyjnie sprawdzam opinie w Internecie i zapisuję się na wizytę.
Lekarz budzi zaufanie. Tłumaczy to, co już wiem, bo wyczytałam. Że poronienia na tym etapie (6/7 tydzień) najczęściej wynikają ze złego połączenia albo wad komórek, które nie są związane z rodzicami. Że to mógł być wynik przeziębienia z gorączką, które mnie dopadło w 4 tygodniu. Mówi, że jest kilka badań, które powinniśmy wykonać, ale nie zaleca głębszej diagnostyki, bo na tym etapie nie ma sensu. Czas zaufać lekarzowi.
Jakie badania zleca?
- USG ginekologiczne - żeby sprawdzić, czy wszystko zostało poprawnie wyczyszczone
- różyczka
- toksoplazmoza
- cytomegalia
- żółtaczka
- wymazy w kierunku Chlamydii, Myceoplasmy i Ureoplasmy
Dodatkowo, pomna złych doświadczeń, po pierwszym okresie sprawdzam jeszcze prolaktynę. Ponieważ czekam na wyniki badania histopatologicznego na wszelki wypadek kontroluję, czy BHCG spada.
Wyniki są dobre, więc po pierwszej miesiączce mamy zacząć działać. I zaczynamy, pełni nadziei. Bo wiecie, jeśli nie doświadczyłaś długich starań to tym razem też tak będzie. Zabieg miałam w kwietniu, pierwszy okres w maju, więc... poród w lutym, prawda? Well...
Lekarz budzi zaufanie. Tłumaczy to, co już wiem, bo wyczytałam. Że poronienia na tym etapie (6/7 tydzień) najczęściej wynikają ze złego połączenia albo wad komórek, które nie są związane z rodzicami. Że to mógł być wynik przeziębienia z gorączką, które mnie dopadło w 4 tygodniu. Mówi, że jest kilka badań, które powinniśmy wykonać, ale nie zaleca głębszej diagnostyki, bo na tym etapie nie ma sensu. Czas zaufać lekarzowi.
Jakie badania zleca?
- USG ginekologiczne - żeby sprawdzić, czy wszystko zostało poprawnie wyczyszczone
- różyczka
- toksoplazmoza
- cytomegalia
- żółtaczka
- wymazy w kierunku Chlamydii, Myceoplasmy i Ureoplasmy
Dodatkowo, pomna złych doświadczeń, po pierwszym okresie sprawdzam jeszcze prolaktynę. Ponieważ czekam na wyniki badania histopatologicznego na wszelki wypadek kontroluję, czy BHCG spada.
Wyniki są dobre, więc po pierwszej miesiączce mamy zacząć działać. I zaczynamy, pełni nadziei. Bo wiecie, jeśli nie doświadczyłaś długich starań to tym razem też tak będzie. Zabieg miałam w kwietniu, pierwszy okres w maju, więc... poród w lutym, prawda? Well...
piątek, 26 stycznia 2018
Witaj w klubie, czyli szukając wsparcia
O poronieniach się nie mówi. Nie ma się czym chwalić. Dopiero, kiedy sama to przeżyłam, odkryłam ile przypadków było wokół mnie. Koleżanki zaczęły się przyznawać. Marne to pocieszenie, ale zawsze.
Człowiek jest istotą stadną. Dlatego, gdy poszukując odpowiedzi na pytanie, ile powinnam poczekać z następnymi staraniami trafiłam na internetowe forum postanowiłam napisać. Pierwszy raz w życiu zostałam forumowiczką. Bo jednak łatwiej napisać obcym osobom, które przeszły to samo, o swoich (czasami bardzo nieładnych) odczuciach. Moje najbliższe przyjaciółki albo nie myślą jeszcze o dzieciach, albo borykają się z problemem zajścia w ciążę. Mogą posłuchać, ale nie wiedzą, jakie to uczucie, kiedy twoje wychuchane od zarodka maleństwo nagle zostaje statystyką.
Poronienie to temat tabu. Wiadomo, nic przyjemnego. Ale kiedy ja chcę mówić, one zmieniają po chwili temat. Nie rozumieją. Więc nie mówię. Forum pomaga w czekaniu na pierwszy okres, w rozczarowaniu po pierwszym nieudanym cyklu, doradza jeśli chodzi o badania. Pociesza, bo widzę, że nie jestem jedyna, bo widzę szczęśliwe zakończenia. Ale też troszkę dobija, bo właśnie, widzę, że innym się udaję, a mnie nie. Ale też dlatego, że widzę, że niektórym się nie udaje. Że ta zwiększona płodność zaraz po poronieniu to nie zawsze prawda, że niektórzy starają się kolejny rok. I zaczynam się bać.
Może wyczerpaliśmy swój limit szczęścia? Może to był tylko złoty strzał? Może jednak warto wrócić do prawdziwych przyjaciół, a od wirtualnych koleżanek się odciąć? To trudne, bo po 3 miesiącach to już mój codzienny rytuał. Sama doradzam, co do badań, pocieszam, czasem strofuję, kiedy dziewczyny piszą bzdury. Bo one rozumieją, są w tym samym klubie.
Z mojego punktu widzenia jednak warto się na jakiś czas odciąć od forum. Za bardzo się nakręcam, a to nie pomaga. A poza tym ciągle mam nadzieję, że wrócę tam, żeby być kolejnym przykładem, że ciąża po stracie jest osiągalna.
Człowiek jest istotą stadną. Dlatego, gdy poszukując odpowiedzi na pytanie, ile powinnam poczekać z następnymi staraniami trafiłam na internetowe forum postanowiłam napisać. Pierwszy raz w życiu zostałam forumowiczką. Bo jednak łatwiej napisać obcym osobom, które przeszły to samo, o swoich (czasami bardzo nieładnych) odczuciach. Moje najbliższe przyjaciółki albo nie myślą jeszcze o dzieciach, albo borykają się z problemem zajścia w ciążę. Mogą posłuchać, ale nie wiedzą, jakie to uczucie, kiedy twoje wychuchane od zarodka maleństwo nagle zostaje statystyką.
Poronienie to temat tabu. Wiadomo, nic przyjemnego. Ale kiedy ja chcę mówić, one zmieniają po chwili temat. Nie rozumieją. Więc nie mówię. Forum pomaga w czekaniu na pierwszy okres, w rozczarowaniu po pierwszym nieudanym cyklu, doradza jeśli chodzi o badania. Pociesza, bo widzę, że nie jestem jedyna, bo widzę szczęśliwe zakończenia. Ale też troszkę dobija, bo właśnie, widzę, że innym się udaję, a mnie nie. Ale też dlatego, że widzę, że niektórym się nie udaje. Że ta zwiększona płodność zaraz po poronieniu to nie zawsze prawda, że niektórzy starają się kolejny rok. I zaczynam się bać.
Może wyczerpaliśmy swój limit szczęścia? Może to był tylko złoty strzał? Może jednak warto wrócić do prawdziwych przyjaciół, a od wirtualnych koleżanek się odciąć? To trudne, bo po 3 miesiącach to już mój codzienny rytuał. Sama doradzam, co do badań, pocieszam, czasem strofuję, kiedy dziewczyny piszą bzdury. Bo one rozumieją, są w tym samym klubie.
Z mojego punktu widzenia jednak warto się na jakiś czas odciąć od forum. Za bardzo się nakręcam, a to nie pomaga. A poza tym ciągle mam nadzieję, że wrócę tam, żeby być kolejnym przykładem, że ciąża po stracie jest osiągalna.
czwartek, 25 stycznia 2018
1 na 3, czyli Obsoleta
Wiecie co oznacza ten termin? Jeśli nie, uważajcie się za szczęściary. Jeśli wiecie, witam w jednym z najgorszych klubów świata.
Gravid obsoleta - ciąża obumarła. Kiedy z niewielkim plamieniem w 6 tygodniu pobiegłam do ginekologa, po raz pierwszy w życiu chciałam, żeby lekarz uznał mnie za hipochondryka i mnie wyśmiał. Plamienia się zdarzają, wiedziałam o tym. Zwykle nie oznaczają nic groźnego, to też wiedziałam. Więc kiedy lekarz robiąc USG spojrzał na mnie i powiedział, że bardzo mu przykro, ale serce nie bije, nie uwierzyłam. Natychmiast wysłał mnie na badanie BHCG i zaraz potem do szpitala. W drodze płakałam, ale jeszcze myślałam, że może to wina USG, że to nie może być prawda. Bo przecież 3 dni wcześniej biło, przynajmniej tak twierdził lekarz, bo ja na ekranie nie rozpoznaje nic.
Szpitalne badanie trwało może 30 sekund. "Poronienie, przykro mi, proszę się zgłosić w poniedziałek na czczo, chyba, że przez weekend dostanie pani krwotoku". A ja zamiast wyjść, pytałam jeszcze dlaczego. "To się zdarza w co trzeciej ciąży, po prostu". Po prostu? Jestem tylko ofiarą statystyki?
Nie wiedziałam, że można tak płakać po kimś, kogo się nigdy nie poznało. Na własną rękę powtórzyłam po 48h BHCG, rosło prawidłowo, więc nadzieja znowu się zapaliła. W poniedziałek na czczo zgłosiłam się do szpitala licząc na to, że to tylko koszmarna pomyłka. W rejestracji dumnie poinformowałam, że BHCG rośnie, położna kazała mi to powtórzyć lekarzowi. Kolejne USG, serce nie bije, no ale beta wzrosła. Znowu jestem tylko statystką, której lekarz mówi wprost: "Moim zdaniem nic z tej ciąży nie będzie, ale głupio podać tabletki jak beta rośnie". Po kolejnych 2 dniach zaczyna spadać, serca nie ma, ale będzie zabieg.
O tabletki muszę się sama upomnieć, inaczej na czczo czekałabym kolejny dzień. Po pierwszej dawce chodzę, nic się nie dzieje. O drugą dawkę znów muszę się upomnieć. To na szczęście wystarcza, żebym po 2h i krótkim badaniu trafiła na zabieg. Muszę podpisać kilka dokumentów dla anestezjologa. Kiedy pytam, co się dzieje ze szczątkami, nikt nie potrafi mi odpowiedzieć. Niby znam swoje prawa, wiem, że mogłabym zrobić badania genetyczne, ale odpuszczam. Mam dość upominania się o swoje.
Zabieg w znieczuleniu trwa kilkanaście minut, potem 2h "trzeźwienia" i normalnie mogłąbym pójść do domu. Ale po znieczuleniu źle się czuję i zwyczajnie boję się wyjść, więc na noc zostaję. Rano dostaję wypis, nikt się mną już nie interesuje. Tylko dwoje lekarzy podchodzi do mnie i męża, mówią, że nie powinniśmy współżyć do pierwszej miesiączki, mam dalej brać kwas foliowy i wstrzymać się 3 miesiące. I tyle.
1 na 3. Obsoleta. Witamy w klubie.
środa, 24 stycznia 2018
Badania przed ciążą
Żaden ze mnie lekarz, więc nie traktujcie moich propozycji jako wyroczni. Kiedy już podejmiecie świadomą decyzję o dziecku zaraz po partnerze powinien się o tym dowiedzieć Wasz ginekolog. Wiadomo, wpadki się zdarzają, dzieci rodzą się zdrowe, ale po co ryzykować?
Badania, które należy wykonać przed ciążą:
USG:
- ginekologiczne
- piersi
Z krwi:
- morfologia
- różyczka
- toksoplazmoza
- cytomegalia
- HIV
- tarczyca
Cytologia
Żeby oszczędzić sobie dodatkowych stresów przy okazji pobierania krwi warto przebadać też prolaktynę i progesteron (8 dni po owulacji) - to może zaoszczędzić czasu i rozczarowań.
Badania, które należy wykonać przed ciążą:
USG:
- ginekologiczne
- piersi
Z krwi:
- morfologia
- różyczka
- toksoplazmoza
- cytomegalia
- HIV
- tarczyca
Cytologia
Żeby oszczędzić sobie dodatkowych stresów przy okazji pobierania krwi warto przebadać też prolaktynę i progesteron (8 dni po owulacji) - to może zaoszczędzić czasu i rozczarowań.
wtorek, 23 stycznia 2018
Dziecko raz poproszę!
Rok. Po takim czasie bezskutecznych starań w naszym przypadku powinniśmy się zgłosić do lekarza. Serio? Mam tracić rok? Nigdy nie należałam do specjalnie cierpliwych. Dlatego też po 1 (!) nieudanym cyklu udałam się do lekarza, któremu powiedziałam wprost - znam założenia, ale to mnie wykończy. Nie chcę czekać roku, żeby potem dowiedzieć się, że wystarczyło coś zmienić, wyleczyć i mogłoby się udać wcześniej.
W tym przypadku intuicja mnie nie zawiodła. Wystarczyło jedno badanie i jeden lek. I jeden idealnie wycelowany raz. Kiedy kilkanaście dni później okres nie przyszedł byłam wściekła. Na wszystko i wszystkich - to ja tu się szprycuje lekiem, a okres się spóźnia? Co to ma być? Mężowi też się oberwało - no bo ja się tu szprycuje lekiem a on jest zmęczony? Przecież po jednym razie nie ma szans...
Cóż - są. Czasami to wystarcza. Aczkolwiek jest to ryzykowna strategia i raczej żaden lekarz Wam jej nie poleci. Cytując MamęGinekolog, najszybciej zachodzą w ciążę najbardziej kochające się pary. To pewnie prawda, aczkolwiek czasem sam seks nie wystarcza. Pomoc lekarza może okazać się nieodzowna i jeśli czujecie, że nie wytrzymacie tej presji, nie czekajcie. Nic skuteczniej nie zabija radości z seksu niż brak tej wyczekiwanej drugiej kreski.
poniedziałek, 22 stycznia 2018
Rok
Rok. To dużo czy nie? Dla mnie to przepaść. Kiedy rok temu podjęliśmy decyzję, że zaczynamy starania o dziecko, wszystko wydawało się proste. Seks bez zabezpieczeń, 2 tygodnie później 2 tłuste różowe kreski i po 8 miesiącach różowiutki niemowlak. Chcesz rozśmieszyć Boga? Powiedz mu o swoich planach.
Rok później jesteśmy w zasadzie w tym samym miejscu, tyle, że ze złamanym dwukrotnie sercem i dużo bardziej doświadczeni, niż chcieliśmy. Jeśli miałabym szukać jasnych stron to przynajmniej wiemy, że możemy mieć dzieci - skoro 2 razy się udało to powinno się jeszcze udać. Ciemne strony? Poza tymi najbardziej oczywistymi to najgorsza jest świadomość, że 2 kreski są dopiero początkiem bardzo długiej drogi.
Ale warto! I dopóki jest chociaż cień nadziei to będziemy walczyć. Jeśli chcecie mi towarzyszyć w walce o moje tęczowe dziecko, zapraszam.
Rok później jesteśmy w zasadzie w tym samym miejscu, tyle, że ze złamanym dwukrotnie sercem i dużo bardziej doświadczeni, niż chcieliśmy. Jeśli miałabym szukać jasnych stron to przynajmniej wiemy, że możemy mieć dzieci - skoro 2 razy się udało to powinno się jeszcze udać. Ciemne strony? Poza tymi najbardziej oczywistymi to najgorsza jest świadomość, że 2 kreski są dopiero początkiem bardzo długiej drogi.
Ale warto! I dopóki jest chociaż cień nadziei to będziemy walczyć. Jeśli chcecie mi towarzyszyć w walce o moje tęczowe dziecko, zapraszam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)